1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy
  4. Seriale

Dlaczego Amerykanie zawsze muszą mieć swój remake?

Dlaczego Amerykanie zawsze muszą mieć swój remake?

Dlaczego Amerykanie zawsze muszą mieć swój remake? Dlaczego zawsze muszą robić wszystko po swojemu? Te pytanie kotłują mi się w głowie za każdym razem, kiedy widzę kolejny filmu prostu z Hollywood, będący zazwyczaj kalką produkcji  nie amerykańskiej. Pal licho, kiedy taki remake jest dobry (chociaż niekoniecznie potrzebny), gorzej, gdy jest totalnym gniotem i napluciem w twarz oryginalnemu twórcy.

A tak niestety często się zdarza. Dlaczego więc Amerykanie muszą robić remake’i? Na to pytanie – wbrew pozorom – jest kilka odpowiedzi i nie, nie zawsze chodzi tylko o kasę, choć bez wątpienia to jeden z głównych czynników.

1. Hollywood kocha remake’i wszelakie

amerykańskie remake

Rzecz nie dotyczy wyłącznie zagranicznych filmów, ale także rodzimych (dla Amerykanów). Hollywood kocha remake’i i zapach pieniądza, dlatego jeżeli jakaś produkcja w przeszłości odniosła już kasowy sukces, to warto po nią sięgnąć. O ile jednak wskrzeszenie marki popularnej 30, 40 i więcej lat temu wydaje się dosyć racjonalne (dostosowanie do współczesnego widza), to przykłady „Underworld” oraz „The Grunge” – czyli wciąż świeżych filmów - uświadamiają nam, że granic czasowych w zasadzie nie ma.

Rebooty i remake’i dają zarobić na sprawdzonym pomyśle, a przecież zawsze można powiedzieć, że chodzi o widza, o jego rosnące wciąż wymagania i odkurzenie „starej” koncepcji. W rzeczywistości jednak można bazować na identycznym scenariuszu („Omen” z 2006 roku) i też się sprzeda swój produkt, jako „nowy”. Od reguły oczywiście są też wyjątki, a do tych chlubniejszych należy nowy np. „Robocop”.

2. Amerykanizacja na całego

Czasami odnoszę wrażenie, że Amerykanie po prostu muszą mieć swoją wersję, bo tak, bo ich na to stać, bo są dumnym narodem i skoro jakiś inny kraj coś zrobił, to oni też mogą. Nieważne, czy to ma jakikolwiek sens, czy film faktycznie będzie się różnić od oryginału i wniesie jakąś wartość dodaną. Na przykładzie Oldboya (2013) wiemy, że wystarczy po prostu wrzucić jakiegoś popularnego aktora (Josha Brolina) w identyczną historię i już. Film jest amerykański? Jest. No i wystarczy.

oldboy remake

Zasada „if it ain’t broke don’t fix it” absolutnie nie dotyczy Hollywood. Tutaj od razu przychodzi na myśl genialny szwedzki film „Let Me In”, który dwa lata po swojej premierze (w 2010 roku) musiał dorobić się wersji amerykańskiej. Co złego było w oryginalnej historii? Nic, kompletnie nic, ale film nie był amerykański (ten śmieszny język, dziwne fryzury, nie amerykańskie samochody i tereny), więc musiała powstać wersja pachnąca na kilometr Zachodem. Akurat „amerykańskie „Let Me In” było dość dobrym filmem, więc nie ma szczególnych powodów do płaczu, ale co z takimi perełkami kina jak holenderskie „Zniknięcie” („Spoorloos”)? Najciekawsze jest to, że Amerykanie nawet często nie zdają sobie sprawy, że film, który oglądają w kinie jest remake’iem zagranicznej, bardzo dobrej produkcji. Wielu jankesów pewnie do tej pory sądzi, że „The Ring” to rodzima produkcja.

Amerykanizacja jest jedynym racjonalnym wyjściem w przypadku, gdy w filmie mamy do czynienia z elementami ściśle związanymi z daną kulturą, które nie mogą być zrozumiane przez obcokrajowca. Kontekst jest potrzebny do zrozumienia danej historii czy nawet żartów, więc jeżeli remake ma służyć jako „tłumaczenie”, to ja to jak najbardziej rozumiem. Gorzej, gdy powodem jest megalomania i niemożliwość wyobrażenia sobie tego, że inne państwo niż USA może być miejscem ważnych wydarzeń, jak atak wielkiego potwora czy lądowanie kosmitów.

3. Amerykanie nie lubią filmów z napisami

the ring remake

Może i my jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że film z napisami to norma, ponieważ większość produkcji jakie napływa do naszych kin jest pochodzenia zachodniego, ale nie Amerykanie. Dumny naród zza Atlantyku nie lubi napisów, a jak nie lubi, to oznacza, że taki zagraniczny film się nie sprzeda. Czasami dubbing rozwiązuje te kwestię, ale – co bardzo dobrze widać po azjatyckich filmach – zabieg ten może wypaść koszmarnie. Możemy zgodzić się również co do tego, że lektor zabija klimat filmu, dlatego zostaje ostatnie rozwiązanie – zrobić remake. A kto bogatemu zabroni? Wystarczy, że Hollywood wykupi prawa i już, problem rozwiązany. Zagraniczny film z lekko zmienionym tytułem będzie się sprzedawać.

4. Po co remake’i brytyjskich produkcji?

Death At A Funeral

„Death at a Funeral”, czyli „Zgon na pogrzebie”, to pierwszy film jaki przychodzi mi do głowy, gdy myślę o bezsensowności amerykańskich remake’ów. Po pierwsze film już jest po angielsku, a po drugie remake jest wierną kopią oryginału, tyle że występują w nim sami czarni aktorzy. Po co więc robić taki bezsensowny remake? W takim przypadku ciśnie mi się na usta jedna odpowiedź: bo mogą. Może Amerykanie chcą po prostu udowodnić, że są lepsi od Brytyjczyków. Kompleksy sprzed 240 lat?

Po co komu amerykańska wersja „Skins” czy „Gracepoint”, będące kopią „Broadchurch”? Wydaje się, że jedynym kultowym dziełem, którego Amerykanie nie tkną jest „Doctor Who”…

5. Oryginał jest niedostępny

amerykańskie remake’i

Oryginał może być dla amerykańskiego widza niedostępny. Rzadka to sytuacja, ale bardzo możliwa. Bywa również tak, że oryginał nie ma bogatego zaplecza marketingowego i jest najzwyczajniej w świecie po prostu mało znany. Z kolei hollywoodzki remake z pewnością może pochwalić się hektolitrami hype'u wylewanego w każdym medium.

6. Remake przyciąga uwagę

spoorloos remake

Jeżeli zagraniczny oryginał był znanym filmem, cenionym przez widzów, to remake z pewnością przyciągnie uwagę dziennikarzy, a dzięki temu reklama sama będzie się napędzać. Tanie i proste rozwiązane, chociaż taka taktyka niesie ze sobą bardzo poważne niebezpieczeństwo. Jeżeli Hollywood bierze się za jakieś kultowe dzieło, to musi liczyć się z tym, że wymagania widza będą dwukrotnie większe niż zazwyczaj. Nawet dobra produkcja może spotkać się z negatywnymi komentarzami, a zła... cóż, może być wgnieciona w ziemię, starta w pył jak chociażby „Godzilla” z 1998 roku.

7. Są też dobre remake’i

let me in remake

Przytoczony wcześniej „Oldboy” czy „Let Me In”, to w zasadzie całkiem niezłe filmy i prawdopodobnie, gdyby nie istnienie pierwowzoru, zostałyby jeszcze cieplej przyjęte przez fanów kina. Tak samo wygląda sprawa z niektórymi serialami, a najlepszym przykładem jest „House of Cards”. Jeżeli remake ma się przysłużyć temu, że pierwowzór stanie się jeszcze bardziej popularny, to podpisuję się pod takim rozwiązaniem obiema rękoma. Nawet, jeśli ta oryginalna historia w żaden sposób nie zostanie wzbogacona.