1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Biały Dom widziany oczami kobiety. Madam Secretary zastąpi Franka Underwooda?

Biały Dom widziany oczami kobiety. Madam Secretary zastąpi Franka Underwooda?

Nie, niestety nie zastąpi, bo na trzeci sezon "House of Cards" czekam z napięciem, czego nie można powiedzieć o drugim odcinku "Madam Secretary". Nie jest jednak źle i choć pilot nie robi wielkiego wrażenia, "Madam Secretary" można obejrzeć. Akcja, jak można wnosić po ostatniej scenie pierwszego odcinka, dopiero się rozkręca.

Największym pozytywem "Madam Secretary" jest stworzenie silnej kobiecej jednostki. Być może nieco zbyt idealnej (chociaż podobno nie potrafiącej się za dobrze ubrać), ale takiej, od której rzeczywiście bije charyzmą, poświęceniem, chęcią do ciężkiej pracy.

Bess (Téa Leoni), tytułowa Madam Secretary, to kobieta, która potrafi postawić na swoim i nie boi się konsekwencji, przystawiona do muru potrafi pociągnąć za wszystkie sznurki i być bezkompromisowa.

Przy tym wszystkim jest żoną idealną i dobrą matką, która akceptuje pomysły swoich dzieci. Elisabeth nie próbuje nikogo nawracać, jednak rozmowa z nią potrafi być oczyszczająca. Bess ma także fantastycznego, kochającego męża-przystojniaka, który potrafi nadal zawrócić studentkom w głowie.

Czego brakuje w tej postaci i w "Madam Secretary" w ogóle to dawki ironii i złośliwego humoru, z którą spotykamy się w "House of Cards".

Być może niepotrzebnie zakładam, że serial opowiadający o tych samych realiach, Białym Domu i polityce Stanów Zjednoczonych, powinien bazować na identycznych chwytach, ale ostatecznie przez pewne braki "Madam Secretary" w zestawieniu z "House of Cards" wypada gorzej, o ile nie blado.

Nie chodzi tu o to, że postacią jest kobieta, ale o innych bohaterów, o atmosferę i intrygi. Choć trzeba przyznać, że patrząc na cliffhanger z pilotażowego odcinka, możemy spodziewać się trupów, spisków i dziwnych relacji w Białym Domu - wszystkiego tego, za co kochamy "House od Cards". Zresztą w serialu spotkamy nawet twarze znane z opowieści o Franku Underwoodzie. W jednego z pracowników Białego Domu wcielił się Sebastian Arcelus, grający w "House of Cards" dziennikarza i byłego faceta Zoey.

Madam Secretary

Fabuła pierwszego odcinka, choć teoretycznie wciągająca, bo przecież poznajemy Elisabeth McCord w sytuacji, w której zmienia się całe jej życie, jest niestety dość przewidywalna.

McCord z wykładowczyni, która mieszka na farmie z końmi zmienia się w Madam Secretary, czyli praktycznie w jedną z najważniejszych osób zaraz po Prezydencie Stanów Zjednoczonych. Już od początku zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń - dwóch młodych Amerykanów zostaje uwięzionych w syryjskim więzieniu. Zadaniem głów Białego Domu będzie odbicie chłopaków. Niestety, cała "akcja" przebiega zbyt prosto i bezproblemowo. Najciekawszymi momentami pilota będą: powrót Bess do starych znajomości, które pomogą załatwić jej co nieco nie całkiem legalnie i właśnie rzeczony wcześniej cliffhanger.

"Madam Secretary" zła nie jest, ale też nie jest niczym rewolucyjnym. Nie jest to raczej nowy serial, który doczeka się hype'u na miarę "House of Cards", "Detetywa", "Gry o Tron" czy "Breaking Bad".

Choć wiem, że fabuła prawdopodobnie nabierze tempa, nie jestem pewna, czy obejrzę kolejny odcinek. Chyba trochę szkoda mi czasu na nową, świetną kobietę w Białym Domu, która choć silna i charyzmatyczna, nie ma w sobie tego czegoś i nie wyróżnia się praktycznie niczym.

Pilot