1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Poezja śpiewana w banalnej oprawie. Karolina Czarnecka – „Córka”, recenzja sPlay

Poezja śpiewana w banalnej oprawie. Karolina Czarnecka – „Córka”, recenzja sPlay

Poezja śpiewana XXI wieku, postmodernistyczny przekaz dla młodego pokolenia okraszony paroma nieprzyjemnymi dźwiękami. W skrócie… „Córka”. Debiutancka EPka od Karoliny Czarneckiej już się ukazała i o ile pod względem treści może przykuwać uwagę, to jej forma jest oklepana, nudna i powoduje najwyżej głośne ziewnięcie.

Mam nieodparte wrażenie, że po Masłowskiej, teraz każdy chce nagrywać piosenki o szarej polskiej rzeczywistości, opakowane w inteligentne przesłanie. I nie mam nic przeciwko temu, tym bardziej, że Czarnecka na swojej EPce umiejętnie operuje słowem, tylko problem w tym, że jeżeli za tekstem nie stoi porządny muzyczny background, to „magia” słów ulatuje.

Karolina Czarnecka stara się wciskać mi problemy swojej bohaterki z małej miejscowości, która przybywa do ogromnej, złej Warszawy, pełnej zdeprawowanych ludzi. Po przesłuchaniu „Córki” jedyna rzecz, jaką chcę zrobić, to włączyć sobie jakiś skoczny indie rock albo nu-hula i dać odpocząć mojemu mózgowi. Osiem debiutanckich piosenek Czarneckiej potrafi człowieka zdołować na cały dzień, ale najgorsza w tym jest… muzyka.

Absolutnie niedająca się przyswoić, tania, przypominająca najprostsze bity robione przez ludzi bawiących się w FL Studio. Jednym słowem nuda. I do tego jeszcze pożal się boże remix Hera koka hasz LSD, który jest dosyć zabawny biorąc pod uwagę, że brzmi właśnie tak, jak po zażyciu substancji wymienianych przez artystkę. Tak samo zresztą jak wszystkie drum and bassowe wstawki w Rozdziale IV.

Ano właśnie, autorka podzieliła swoją płytę na cztery rozdziały, w których rysuje mało przyjemny obraz wielkomiejskiego życia. W tym nieprzyjaznym środowisku próbuje odnaleźć się Tina, czyli podmiot liryczny zbudowany na podstawie typowej pustej laski/słoika szukającej miłości, a odnajdującej jedynie przygodny seks. Ech, morał wylewa się z każdej zwrotki, ale wpychany w tak nachalny sposób i podparty tanimi brzmieniami potrafi jedynie irytować. Nie kupuję tego. Może lepiej niech Karolina Czarnecka odłoży na bok muzykę i skupi się na pisaniu książki czy wierszy, albo przynajmniej niech znajdzie lepszych producentów, bo te nonszalanckie bity przyprawiają o ból głowy.

Aż boję się pomyśleć, co mogłoby się znaleźć na longplayu. W pakiecie z płytą powinno się dorzucać obrazek dziewczyny z rozmazanym makijażem i zardzewiałą żyletką. Jeżeli tak ma wyglądać nowa generacja poezji śpiewanej (czy protest song), to ja podziękuję, odpadam.