1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Chris Brown wciąż jest „mocny w gębie” i wydaje niezłą płytę. "X", recenzja sPlay

Chris Brown wciąż jest „mocny w gębie” i wydaje niezłą płytę. „X”, recenzja sPlay

Gdy Chris Brown już przestał bić kobiety i wziął się za tworzenie muzyki, to trzeba mu przyznać, że nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Jego kawałki zawsze dobrze brzmiały i zdobywały uznanie fanów, ale nigdy nie były genialne. „Graffiti” z 2009 roku to muzyczny koszmarek, dalej było trochę lepiej („F.A.M.E.”, „Fortune”), ale albumy Browna potrafiły wyjść obronną ręką spod fali krytyki dzięki hitowym singlom. Zawsze to była jednak średnia półka, nic wielkiego, żadnego „wow” i żadnego mózgu rozbryzganego na ścianie. I tym razem jest… bardzo podobnie, ale widać, że Chris Brown ma się coraz lepiej. "X" na tle poprzedników słucha się wyśmienicie.

Tylko, że tak jak wspomniałem, żaden włos mi nie drgnął, powieka się nie uniosła. Po pierwsze dlatego , że najlepsze kawałki mieliśmy okazję posłuchać dużo wcześniej (nawet ponad rok temu), więc nie doświadczamy efektu zaskoczenia, a po drugie dlatego , że na "X" czuć przeciętność, tak powszechną w mainstreamowym R&B, popie i hip-hopie. Cała płyta pachnie z daleka R. Kelly i Michaelem Jacksonem oraz starymi kawałkami Chrisa Browna. Nikt nie powinien być zatem szczególnie zaskoczony, gdy posłucha najnowszego materiału ex Rihanny.

Oczywiście – jak można było się spodziewać – na producenckim poziomie ciężko coś zarzucić "X". Ładnie posklejane beaty, wszystko na swoim miejscu, tak jak powinno być, gdy w tworzeniu płyty bierze udział kilkunastu producentów. I super, tyle że to nic wielkiego, gdy w grę wchodzą znane nazwiska i wielkie pieniądze. Bardziej bym się cieszył, gdyby Chris Brown sam, wyłącznie własnymi rękoma stworzył materiał na swoją płytę. Tyle, że to równie prawdopodobne co zobaczenie Nicki Minaj w moim mieszkaniu.

Brown nie musi się o wiele martwić, ma tylko śpiewać i to wychodzi mu akurat dobrze. Przyzwyczajony do jego maniery w głosie potrafię czerpać przyjemność z wpadających w ucho melodii, choć niektórym może ona przeszkadzać. Trudno jednak nie zgodzić się, że ta delikatność, wręcz aksamitność śpiewania Browna pasuje jak ulał do kompozycji R&B na "X". Na przykład na Songs On 12 Play wokal idealnie wbija się w świetnie brzmiący beat. Tak samo jak w Drown In It (śpiewanym z R. Kellym).

Zdecydowanie, to właśnie muzyka gra na "X" pierwsze skrzypce. Świetne sample, podkłady (chociażby Add Me In z interesującą linią basu), do których głos Chrisa Browna jest tylko dodatkiem, niezbędnym, ale jednak tylko dodatkiem. Nie obraziłbym się, gdyby to tych samych utworów swój wokal nagrała np. Beyoncé czy Rihanna. Być może nawet te wokalistki potrafiły by się lepiej przebić przez producenckie popisy i dodatkowo dodać od siebie lepsze teksty, bo te które są na "X" powodują jedynie zmęczenie i przewracanie oczami. Każda piosenka jest o tym samym, ale cóż, to Chris Brown i generyczne R&B, więc może za dużo wymagam.

Napisałem wyżej, że Chris Brown potrafi śpiewać i nie raz to udowadniał, ale moje ucho wychwytuje, że materiał na "X" nie obył się bez autotune’a (a już na pewno melodyne’a, ale to akurat nic złego). W dzisiejszych czasach, to żadna nowość, ale potrafi irytować, szczególnie gdy ma się wrażenie, że użycie „polepszaczy” nie było tak naprawdę potrzebne. See You Around jest tego najlepszych przykładem. Nie dość, że mamy do czynienia ze średnią kompozycją, to jeszcze te zgrzyty wokalne, ech.

To już lepiej przełączyć trzy utwory dalej i dotrzeć do Lost In Ya Love. Niby nic specjalnego, ale ten soulowy klimat, chodzący bas mile wdzierają się do ucha. I nawet pojawiający się momentami autotune jakoś nie razi specjalnie. Szkoda tylko, że następny na liście jest Love More z Nicki Minaj, który brzmi niemożliwie nudnie. Ten kawałek słyszeliśmy już w lipcu zeszłego roku i nadal nie jestem w stanie uwierzyć, że ktoś to badziewie dopuścił do publikacji.

Na całe szczęście na sam koniec mamy już rzecz doskonale nam znaną, przerabianą setki razy na przeróżnych listach, czyli Fine China. Jeżeli Chris Brown ma w taki sposób korzystać z muzycznego dziedzictwa Michaela Jacksona (”Of The Wall”), to nie pozostaje mi nic innego jak tylko mu pogratulować. Gdyby "X" było utrzymane właśnie w takim klimacie, to byłaby spora szansa na wyrwanie mnie z krzesła. Niestety, ja ciągle spokojnie sobie siedzę i tylko stukam palcami w rytm muzyki i mam nadzieję, że Chris Brown odpuści sobie nagrywanie takich (pożal się boże) piosenek, jak tytułowy X.