1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. YouTube

Postawa roszczeniowa i zazdrość, czyli współczesne internetowe cebulactwo

Postawa roszczeniowa i zazdrość, czyli współczesne internetowe cebulactwo

Jesteś YouTuberem, który osiągnął sukces? Pewnie stałeś się już sprzedajną świnią. Zarabiasz jako bloger? Powinieneś się wstydzić, bo ludzie cię czytają, nic z tego nie mają, a ty żyjesz z reklam jak „krul”. Lokowanie produktu? A fe! Promowanie marki i sława poza YouTube? Pewnie od dawna nie macie duszy. Tak, to o was chodzi internetowi celebryci, zarabiający na łatwowiernych subskrybentach i biednych czytelnikach.

Jeżeli ostatnio mieliście kontakt z cyfrowym kontentem, to na 99 % doświadczyliście już internetowego cebulactwa, czyli absurdalnej postawy roszczeniowej i żenującej pazerności. Witamy w cyfrowym świecie pełnym pazernych idiotów, gimbusów, którzy nie dorośli do uświadomienia sobie tego, że człowiek dzięki własnemu wysiłkowi i poświęceniu faktycznie może coś osiągnąć. Zdaję sobie sprawę, że to zalatuje na kilometr nikomu niepotrzebnymi truizmami, ale czasami człowiek musi z siebie wydalić te „nieczyste myśli”, żeby znów mógł spojrzeć na świat bez splunięcia w bok.

Co mnie tak szczególnie zabolało? W zasadzie to obcowanie z Internetem od kilku lat, ale ostatni czarę goryczy przelała fala hejtu  pod adresem Jamesa Rolfego, który śmiał żądać opłaty za wypożyczenie lub kupienie jego amatorskiego filmu „Angry Video Game Nerd: The Movie”. Szczyt chamstwa według fanów Rolfe’a, ponieważ ci „marnowali” swój czas na oglądanie jego youtube’owych wypocin i nie dostali nic w zamian. W ich mniemaniu dostęp do „Angry Video Game Nerd: The Movie” powinien im się należeć za darmo, jak psu kość.

youtube można inaczej

To przykład ze Stanów, ale i u nas nie jest najlepiej. Jeżeli jesteś vlogerem, niech cię ręka boska broni przed chwaleniem się swoim sukcesem, podpisaniem kontraktu na reklamy i zmianą profilu swojego kanału. Masz nagrywać (coraz lepsze, ale takie same) filmiki tylko za własne pieniądze niezarobione dzięki YouTube, siedzieć na tyłku i jeść tynk ze ścian. W innym przypadku pojawią się komentarze typu: „sprzedałeś się” i jeszcze gorsze, często wulgarne. Swoją drogą, tutaj wkracza również dosyć ciekawa kwestia zarobków na YouTube. Co poniektórzy naprawdę sądzą, że mając parę tysięcy wyświetleń filmu zarabia się kokosy. Cóż, rzeczywistość jest znacznie bardziej brutalna. Tylko naprawdę nielicznym udaje się zarabiać na YouTube.

Ale nawet załóżmy, że za parę tysięcy wyświetleń, jakiś youtuber dostaje spore pieniądze. Co z tego? Co tak niektórych w tym boli? Tu odpowiedź jest prosta: zazdrość i chęć robienia tego samego. I, jak niektórzy myślą, dostawanie z tej okazji pieniędzy za NIC. Nagrywanie filmików czy pisanie tekstów, to – uwaga – także praca, która wymaga czasu, poświęcenia i umiejętności. Dlaczego ci ludzie nie mają dostać wynagrodzenia za swoją pracę? Znów prawię moralizatorskie dyrdymały i banały, ale gdy po raz kolejny widzi się komentarze na podobnym (niskim) poziomie intelektualnym, to ręce opadają. Najgorsze jest to, że takie osoby zwykle nie mają nawet odwagi podpisywać się imieniem i nazwiskiem, tylko kryją się za idiotycznymi nickami.

Ostatnio w programie 20m2 Łukasza Jakóbiaka gościł Radosław Kotarski (kanał Polimaty), który został twarzą banku Milennium i wystąpił w spotach reklamowych. Zgadnijcie, jaka była reakcja mniej roztropnych widzów kanału Polimaty? Na szczęście pojawiały się także komentarze ironiczne, celujące w zazdrosnych hejterów. Może to znak, że powoli mentalność internautów się zmienia na lepsze, ale nadal kwestia zarobków youtuberów/blogerów zdaje się być tematem tabu. Nic więc dziwnego, że przeważająca część tego środowiska boi się rozmawiać o swoich dochodach.

Jeżeli w jakikolwiek sposób zarabia się w Internecie, to trzeba też uważać na konkursy, które się organizuje. Zawsze znajdzie się jakiś „cebulak”, który poczuje się gorszy, dlatego że nie wygrał i w przykry sposób dla organizatora wyrazi swoją opinię na ten temat - chociaż tak naprawdę na blog/vlog zajrzał tylko z uwagi na konkurs, a resztę materiałów ma głęboko w nosie.

Internetowe cebulactwo nierozerwalnie łączy się z używanym nagminnie słowem „hejter”. Zwykle to określenie odnosi się do osób, które bez uargumentowania swojego zdania, bez podania żadnego powodu krytykują autora oraz jego pracę, nawet w sposób wulgarny. Tutaj panuje prosta zasada, jeżeli ktoś ma inny pogląd niż osoba komentująca, to jest głupkiem, idiotą, nie zna się. Te osoby nie potrafią zrozumieć, że ktoś może po prostu mieć inny pogląd na pewne sprawy i nigdy nie nauczą się, że nie istnieje obiektywna recenzja.

najlepsze na youtube

Tłumaczenie tego, to jak walka z wiatrakami, bo zawsze znajdzie się jakiś komentujący, który napisze schematyczne zdanie: jeśli tak to… - w miejsce kropek wstawcie odpowiednią czynność, np. nakręć lepszy film, napisz lepszą książkę etc. Czasami bywa też, że paradoksalnie osoba krytykująca jakieś dzieło staje się „hejterem”, ponieważ śmie mieć inną opinię i w racjonalny sposób ją uargumentować. Najzabawniejsze i tak są zwroty typu: „skoro coś ci się nie podoba to nie oglądaj/nie czytaj/nie słuchaj” itd. Czekam aż w końcu ktoś mi wytłumaczy proces oceny jakiegoś dzieła bez zobaczenia, usłyszenia go. Niestety, cebulactwo niezwykle rzadko posługuje się logicznym myśleniem.

Przykłady internetowej głupoty, zawiści, wrogości można mnożyć, bo co i rusz na takie się natykamy. Z czego one wynikają? Zapewne stoi za tym nasza mentalność. Polacy uwielbiają dostawać coś za darmo, albo „na lewo”, nie szanują czyjejś prywatności i dóbr. Jeżeli ktoś ma lepiej, to powinno się go zniszczyć, ale samemu nie zrobić nic w kierunku poprawy własnego losu. Oczywiście, że teraz generalizuję, bo nie wszyscy tacy jesteśmy. Niestety ta lepsza część Internetu bardzo często po prostu milczy, nie wdając się w głupie dyskusje. Może z roku na rok sprawy będą się mieć coraz lepiej, ale póki co, wystarczy wejść na YouTube, Facebooka, jakiś blog i przekonać się na własnej skórze, jak przykro rzeczywistość wygląda. Autorze, miej się na baczności!