1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

U2 starzeją się z klasą, czyli bardzo przewidywalnie. "Songs of Innocence”, recenzja sPlay

38 lat grania, 13 albumów na koncie (w tym najnowszy “Songs of Innocence”), 22 statuetki Grammy, 150 milionów sprzedanych płyt. Całkiem nieźle - można by pomyśleć, że U2 pójdą na zasłużoną emeryturę. Ale nie, oni grają, nagrywają i podpisują kontrakt z Apple, oddając firmie z Cupertino swój ostatni longplay za (jak mniemam) grube pieniądze. Ten układ jest dla mnie dosyć wymowny. Zarówno Apple jak i U2 są gwiazdami w swojej kategorii, jednak od jakiegoś czasu przestali wyznaczać trendy. Wszystko robią dobrze, schludnie, tak jak można by się po nich spodziewać, ale efektu „wow” tutaj nie doświadczymy.

U2 starzeją się z klasą, czyli bardzo przewidywalnie. „Songs of Innocence”, recenzja sPlay

I tak właśnie ma się sprawa z "Songs of Innocence”, album lśni w słońcu jak skóra Edwarda ze "Zmierzchu". Jest dopracowany i brzmi naprawdę dobrze, trudno się temu dziwić skoro został „wytworzony” (to najodpowiedniejsze słowo) przez najlepszych fachowców z 38 letnim stażem. 11 piosenek fantastycznie się słucha, gdy głowa zajęta jest czymś innym, gdy jednak całą uwagę poświęcamy U2, to sprawy wyglądają trochę gorzej.

Giganci rocka z Dublina starzeją się z klasą, ale są nudni, przewidywalni.

Jasne, że na "Songs of Innocence” czuć (bardzo starego) ducha U2 – gitara Edge’a z tymi samymi efektami, reverb i delay jak zwykle na maksa, głos Bono prześlizguje się między dźwiękami, jak kiedyś tylko w trochę niższych rejestrach i post-punkowy bas – tylko czy naprawdę o to chodziło? Czym 13 album różni się od 12-go? Ano tak naprawdę niczym, jeżeli mówimy o brzmieniu. Fani U2 powinni być zatem zachwyceni, ale młodzi ludzie pewnie tylko wzruszą ramionami i wrócą do innych, młodszych zespołów.

Tak w ogólnym zarysie wygląda muzyczna strona "Songs of Innocence”, na szczęście z tekstami jest lepiej.

W warstwie liryczne, powrót do korzeni nadaje przyjemnego posmaku i jeżeli U2 ma cieszyć uch, to właśnie w takich piosenkach jak Raised By Wolves, która przypomina mi Sunday Bloody Sunday oraz Iris (Hold Me Close). Taki oldschool to ja rozumiem. Te kawałki są zdecydowanie najlepszymi momentami najnowszego longplaya U2. Cała reszta jednak przypomina dramatyczne zawołanie: „hej, nie jesteśmy starzy, wciąż możemy robić dobre piosenki, posłuchajcie tylko!”. To wszystko trochę pachnie pewną psychiczną dolegliwością, która dotyka mężczyzn po 40 roku życia…

Every Breaking Wave stara się chyba być nowym With or Without You, ale nie za bardzo to się udaje. Ale najgorzej U2 wypada w takich utworach jak California, które brzmią jakby były wygenerowane przez jakąś maszynę z przyszłości. Wystarczy jeden przycisk i już, generyczna piosenka brzmiąca jak irlandzki rock została wyprodukowana. Rozczarowujące bywają też chwile, gdy U2 zdaje się pokazywać jakiś pazur (może pazurek), a po wstępie dostajemy w twarz tortem. Tak właśnie jest z Cedarwood Road, które po chwili rockowego uniesienia zamienia się w wodnistą kaszkę dla dzieci. Niezjadliwe to.

u2

Aż wstyd mi przyznać, ale po tym wszystkim co spotkałem na "Songs of Innocence”, z przyjemnością włączę sobie „No Line On The Horizon”, które przynajmniej ma kilka przebłysków starego geniuszu Irlandczyków. W sumie to chyba nie ma czemu się tutaj dziwić.

Dostaliśmy album za darmo, więc czego tu wymagać?

Może i staruszkom w Apple (będącym w tym samym wieku co członkowie U2) podobają się takie klimaty, ale młodszemu pokoleniu już pewnie niespecjalnie. Współczuję ludziom, którzy przygodę z U2 zaczynają właśnie od najnowszego krążka grupy. Jeżeli jednak nie jest jeszcze za późno, to zachęcam do obejścia "Songs of Innocence” szerokim łukiem i zaopatrzenia się w stare krążki, jak „War” czy „Achtung Baby”. Nie dajcie się zwieść ładnemu opakowaniu i producenckiemu szlifowi, pod tą skorupą kryje się nieciekawe wnętrze.