1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Finał "True Blood" jest jednym z najgłupszych w historii telewizji

Już na spokojnie, cztery dni po premierze finałowego odcinka "True Blood" mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić… finał "True Blood" był jednym z najgorszych jakie widziałem. Po elektryzujących teaserach i trailerach, przedstawiających wielką sieczkę, pożogę i śmierć, zastałem tylko więcej romansów, zdrady, zazdrości i miłości, czyli to, do czego właściwie już się przyzwyczaiłem. Nie było hucznego zakończenia był (prawie) happy end bez pomysłu.

Finał „True Blood” jest jednym z najgłupszych w historii telewizji

Koniec miłosnych przygód kelnerki Sookie Stackhouse z wampirami musiał być bardzo bolesny dla fanów serialu i książek. Dla mnie okazał się niczym więcej jak męczarnią i w ogóle nie przypominał ekscytacji towarzyszącej oglądaniu pierwszego odcinka "True Blood" w 2008 roku. „Thank You” – finałowy odcinek – był w zasadzie idealnym podsumowaniem rozczarowania, które towarzyszyło mi od jakiegoś czasu.

Brian Buckner – jeden z producentów serialu, a także autor scenariusza do ostatniego epizodu "True Blood" – chciał chwycić widzów mocno za serce, ale nie całkiem mu się to udało. Przewidywalny rozwój zdarzeń, bezsensowne rozwinięcie niektórych wątków , a zarazem pominięcie innych i wpychanie na siłę szczęśliwych rozwiązań nie wyszło serialowi na dobre. Chyba oficjalnie mogę już powiedzieć, że siódmy sezon telewizyjnej opowieści o wampirach okazał się najgłupszy ze wszystkich. Naprawdę szkoda, jak cofnę się pamięcią do pierwszej serii, to od razu przykro  mi się robi, w jakim kierunku True Blood powędrowało. W dalszej części tekstu będą masywne spojlery, więc jeżeli nie oglądaliście „Thank You”, to zatrzymajcie się w tym miejscu.

true-blood-finale

Zwykle staram się unikać spojlerów, ale skoro od premiery finałowego epizodu minęło już trochę czasu, to nie będę się powstrzymywać. "True Blood" okazało się koniec końców parodią samego siebie. Twórcy chcieli na koniec uporządkować wiele spraw (choć o niektórych kompletnie zapomnieli) i poszli w kierunku taniej opery mydlanej. Wielki romans został zakończony jakże wzruszającą śmiercią ukochanego bohatera serii, czyli Billa. Rozumiem doskonale zabieg uśmiercenia jednego z głównych postaci serii – w "True Blood" to zresztą nic nowego – ale sposób egzekucji Billa i patos temu towarzyszący zrywał mi kapcie z nóg.

true blood finał recenzja

„Najlepszy” okazał się jednak sposób potraktowania serii przez twórców, tak jakby panowie stwierdzili w końcu – trzymając wysokoprocentowe trunki w rękach – że zrobią jedną wielką komedię i zagrają wszystkim na nosie. Klimat pierwszych serii uleciał w kosmos. Otoczka „zaje…ości” bohaterów, jak chociażby Erica i Pam, została starta w pył i zastąpiona śmiesznością, ale taką z tych „fajnych”. Chociaż przynajmniej, w przypadku Erica i Pam, ich przygody do końca oglądało się jeszcze w miarę. Bez wielkiego entuzjazmu, ale nieporównywalnie lepiej niż Sooki Stackhouse, która przez cały siódmy sezon miotała się od Annasza do Kajfasza, czyniąc – jak zwykle – same szkody.

Jak się okazało, bardzo przewrotnie, Eric i Pam stali się obrońcami rasy wampirów na Ziemi i jednocześnie miliarderami, którzy dorobili się na New Blood zwalczającemu Hep V. Trudno było nie uśmiechnąć się na chwilę podczas ich występu przed kamerami, ale zaraz po tym następowało dziwne uczucie zażenowania. Raz, że twórcy musieli reklamą New Blood wyłożyć widzom wszystko, jak krowie na rowie, a dwa, że Erica i Pam stali się karykaturami samych siebie z pierwszych sezonów. Sam Eric zresztą przyznał to poniekąd w ostatnim odcinku, gdy rozmawiał z Ginger. A propos Ginger, to nawet ta biedna istotka doczekała się w końcu własnej klamry, na marginesie bardzo dziwnej i dość zabawnej, idealnie pasującej do tej bohaterki.

true blood finał serialu

Tak samo jak w przypadku Sama Merlotte, który wreszcie przestał być mesjaszem Bon Temps i ruszył ze swoim życiem. Sam i Ginger to chyba jedyne postacie, które zostały należnie potraktowane. Twórcy "True Blood" z jakiegoś powodu uznali, że muszą znów rzucić Hoyta w ramiona jego pierwszej miłości, Jessici. Jasona spiknęli z ledwo co znaną widzom Brigette, Lafayette’a i Jamesa kompletnie olali, podobnie jak w sumie cały ród Bellefleur. Dobrze, że chociaż z Violet nie zrobili cukrowej panny, tylko prawdziwą, złą do szpiku kości wampirzycę – która, jak się okazało, jakimś cudem miała ogromny dom blisko Bon Temps…

true blood siódmy sezon podsumowanie

Najdziwniejsze wydawało mi się potraktowanie Sookie Stackhouse, której nowe, przyszłe życie zostało potraktowane bardziej symbolicznie niż reszty bohaterów. Początkowo wydawało mi się to okropnym zabiegiem, ale po namyśle stwierdzam, że na tle ostatnich wydarzeń z siódmego sezonu "True Blood", to chyba najrozsądniejsze podejście. Koniec końców Billowi, a także Niallowi o to właśnie chodziło, Sookie miała poznać normalnego człowieka i stworzyć z nim typowy ludzki związek. Nie ważne kim ten człowiek miałby być, byleby nie miał nic wspólnego z dziwnością Bon Temps i wszystkimi historiami z "True Blood". Wracając jeszcze do Billa, trudno temu bohaterowi dziwić się, że wolał umrzeć niż znów przeżywać w kółko te same perypetie z Sookie Stackhouse. Gdybym miał okazję, to powiedziałbym Billowi „good for you bro”.

true blood siódmy sezon recenzja

Brian Buckner chciał na koniec spiąć wszystkie wątki razem, stworzyć małą historię, która wszystko by wyjaśniała. Problem tylko w tym, że ta historia była zamknięta w bańce mydlanej, kompletnie odciętej od linii fabularnej "True Blood". Nagle hordy zombie-wampirów przestały mieć znaczenie? Miasta już nie były atakowane? Co to ma być? Najważniejszy wątek został odsunięty na bok i tylko raz na jakiś czas wspomniany – tak jak przy okazji powrotu Hoyta do Bon Temps. Dzięki bogu, że to już koniec "True Blood", aż strach pomyśleć, co mogłoby się dziać dalej…