1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Początek 7 sezonu True Blood bez fajerwerków

Początek 7 sezonu True Blood bez fajerwerków

Siódmy i ostatni (dzięki bogu) sezon True Blood jest przepięknym dowodem na to, że niektóre seriale powinny się kończyć wcześniej, zanim twórcy je zarżną. Pierwsze dwa odcinki, to desperacka próba przyciągnięcia uwagi widza na siłę, nie za pomocą wciągającej akcji, a klisz i utartych rozwiązań, które widzieliśmy już wcześniej. Najgorsze jest jednak to, że ten żenujący pokaz braku pomysłu jak skończyć serię, będzie najpewniej trwać jeszcze przez cztery odcinki.

A miało być tak pięknie. Trup miał się słać gęsto, apokalipsa i wielka rzeź zmieszczona w sześciu odcinkach. Oczywiście wyszło jak zwykle, co w przypadku True Blood oznacza kolejny wątek homoseksualny, seks i Sookie będącą ofiarą losu. Świat True Blood powinien zatrząść się w posadach, ponieważ wampiry - zarażone stworzonym przez ludzi Hep V - miały masowo zdychać. Nie umierać, ale zdychać jak zwierzęta. W akcie desperacji, krwiopijcy wysysają krew z każdego oddychającego homo sapiens, którego napotkają na swojej drodze. Brzmi zachęcająco? Dla mnie brzmiało. Apokaliptyczna perspektywa wydawała mi się interesująca i liczyłem na to, że twórcy tym razem dadzą prawdziwą petardę. Nadszedł koniec – dosłownie i przenośnie – dlaczego więc nie zrobić tego w porządny sposób?

true blood sezon siódmy

Twórcy True Blood postanowili jednak inaczej, po pierwszych dwóch odcinkach wygląda to tak, jakby ktoś na spotkaniu rzucił hasło „hej, nie mamy już pomysłu na fabułę, poślijmy każdą postać do łóżka, dorzućmy do tego trochę biednej Sookie i głupich mieszkańców Bon Temps”. No właśnie, Bon Temps. Cała akcja póki co skupia się na jednym miasteczku, a sądziłem, że mamy do czynienia z ogólnoświatowym kryzysem. Scenarzyści poszli po linii najmniejszego oporu (czego powodem jest albo lenistwo, albo mały budżet) i zamiast apokalipsy, widz obserwuje detektywistyczny thriller, w którym najrozsądniejszą osobą jest Sookie Stackhouse.

true blood 7 recenzja

W tle wydarzeń pojawiają się także humorystyczne wątki, zbuntowani i bezmyślni mieszkańcy Bon Temps oraz problem uzależnienia od „V” najbardziej irytującej bohaterki w całym serialu, czyli Lettie Daniels (matki Tary). Oprócz tego jeszcze – w stylu True Blood – mamy seks, który momentami pasuje do akcji, jak pięść do oka. A gdzie to zatrzęsienie świata w posadach? Jedno wymarłe miasteczko, to jeszcze nie koniec świata. Póki co, w serialu brakuje atmosfery paniki, grozy i poczucia, że koniec jest bliski. Nuda wylewa się z kadrów, a prowadzenie akcji przypomina operowanie karuzelą dla małych dzieci – nie można zbyt szybko, bo przecież wszyscy zaczną wymiotować. No nie tak miało być. Zostały jeszcze cztery odcinki, ale już chyba nic nie da się naprawić.