1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Lana Del Rey "Ultraviolence" - recenzja sPlay

Recenzja Lana Del Rey "Ultraviolence"

Lana Del Rey powróciła właśnie z nowym albumem, "Ultraviolence". Miałem niewątpliwą przyjemność zanurzyć się w dźwiękowe pejzaże malowane przez wokalistkę. Poniżej zaś trochę słów na temat tego krążka, który dziś jest na ustach wszystkich - i zapewne będzie jeszcze przez długie miesiące.

"Ultraviolence" to właściwie dopiero drugi album w karierze Lany Del Rey. Wokalistka co prawda zadebiutowała w 2010 roku albumem "Lana Del Ray aka Lizzy Grant", ale przeszedł on bez większego echa. Później była EP-ka "Lana Del Rey", album "Born To Die" w 2012, którym narobiła olbrzymiego wręcz zamieszania na scenie muzycznej i doczekała się pochwał z prawa i lewa, oraz obwieszczania jej prawdziwym objawieniem muzycznym. Potem, przez 2 minione lata, były EP-ki "Paradise" i "Tropico". Teraz mamy, wreszcie, długo wyczekiwany i upragniony przez wielu - w tym i przeze mnie - follow-up.

To rewelacyjna płyta. Jasne, moje zdanie jest tendencyjne, bo mam mega-słabość do klimatów retro, pin-upu, i jak jasna cholera jara mnie wszystko, co vintage. Trudno jednak nie poddać się czarowi Elizabeth Grant, i jej majestatycznych wokali. Tymi ta płyta ocieka aż po brzegi. Na płycie znajduje się 11 kawałków, z czego większość jest współnapisana przez samą Lanę - produkcją zaś zajął się, na większości numerów, Dan Auerbach - wokalista i gitarzysta The Black Keys. Słychać na płycie dość mocno jego rękę (i ucho) - wyjątkowo sprawne zresztą, bo nagrodzone już kilkukrotnie nagrodami Grammy.

Na płycie przeważa monumentalizm i dość wolne tempo. Jeśli możnaby płycie zarzucić cokolwiek, to właśnie to: brak dywersyfikacji oraz brzmieniowego urozmaicenia - kompozycje brzmią podobnie (jednocześnie rewelacyjnie jednak), ale można to po prostu uznać za swoisty koncept-album, ze swojego rodzaju motywem przewodnim, górującym majestatycznie nad całością. Ciężko wybrać jeden utwór szczególnie wyróżniający się z całości - wszystkie, począwszy od otwierającego album "Cruel World", aż do kończącego ją "The Other Woman" ("Florida Kilos" w wersji Deluxe albumu), są równie dobre. Tę płytę po prostu trzeba usłyszeć, i przesłuchać - od samego początku do jej ostatnich sekund. Warto. Koniecznie trzeba.