1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Jeden obraz wart tysiąca słów? A może odwrotnie? Wypisz, wymaluj... miłość - recenzja sPlay

Wypisz, wymaluj... miłość. Recenzja sPlay

Są takie filmy, które po prostu muszą skończyć się dobrze. Kiedy idziemy do kina, albo naciskamy przycisk "play" wiemy, że co prawda czeka nas trochę zamieszania, ale w gruncie rzeczy historia będzie miła, przyjemna i z happy endem. I tym razem jest podobnie. Fred Schepisi wyreżyserował film, który bawi, wzrusza oraz mówi o walce, cierpieniu, miłości i próbie poprawy swojego życia. Standard, powiedzielibyśmy. Ale "Wypisz, wymaluj... miłość" to naprawdę całkiem niezłe kino.

"Wypisz, wymaluj... miłość" to nie kolejna romantyczna o zakochanych nastolatkach ze szkoły średniej, choć właśnie w szkole średniej rodzi się uczucie.  To opowieść o miłości nieprzewidywalnej, trudnej, młodzieńczej, ale takiej, która dopada dojrzałą parę po przejściach. Dwoje nauczycieli: ona (Juliette Binoche) i on (Clive Owen). On, Jack Marcus, pisarz, belfer z prawdziwego zdarzenia, który ma pasję, lecz trochę się wypalił. W przerwie śniadaniowej pije wódkę z termosu, a wieczorem zwiększa dawkę i bywa, że upija się wręcz do nieprzytomności. Ona, Dina Delsanto, nowo przybyła nauczycielka owiana tajemnicą. Sławna malarka, która aktualnie przeżywa kryzys i niemoc twórczą ze względu na swoją chorobę. Między nimi iskrzy. Spokojnie, chcą tylko wydrapać sobie oczy i wypowiadają wojnę.

A ta wojna, choć prowadzona przez dwóch głównych bohaterów niekoniecznie na serio, jest bardzo zmyślna i ciekawie buduje fabułę. Marcus i Delsanto spierają się bowiem o to, co ma większą moc wyrazu: obraz czy słowo. Jack, jako anglista, niegdyś całkiem nieźle zapowiadający się pisarz, stoi po stronie słowa, Delsanto, artystka, kochająca barwy, po stronie obrazu. Ich spięcie i wzajemna krytyka angażują całą szkołę, a przede wszystkim uczniów, który stają teoretycznie po dwóch stronach barykady, a w rzeczywistości działają wspólnie i dają z siebie wszystko, tworząc kolejne instalacje czy prace. Kto wygra tę wojnę? Czy odmienne wizje nie będą przeszkodą w nawiązaniu relacji?

To, kto zwycięży w gruncie rzeczy staje się nieważne, bo na Binoche i Owena po prostu patrzy się z prawdziwą przyjemnością. Mimo świadomości tego, że problemy rozwiązują się tu za szybko, a życie jednak toczy się zbyt gładko i wszystko jest możliwe, "Wypisz, wymaluj... miłość" daje poczucie autentyczności. Może dlatego, że sprawy, które dotykają tych ludzi są proste, zwykle, ludzkie, codzienne. A może dlatego, że ta tytułowa "miłość" nie jest jakaś rozbuchana, nie jest całkiem "od pierwszego wejrzenia" i nikt za nikim nie ucieka na koniec świata albo nie ratuje od wejścia na pokład samolotu. To życiowe podejście do tematu, a przy tym humor, lekkość i ciekawa koncepcja fabularna ujmują. "Wypisz, wymaluj... miłość" ogląda się z nutką rozbawienia, ale i z ciekawością. To naprawdę dobre połączenie komedii i dramatu z romansem, a nie kolejna naiwna komedia romantyczna.