1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

"Murder in the First", czyli kolejny serial kryminalny, który nie zaskakuje?

"Murder in the First" - recenzja pilotażowego odcinka

Od dłuższego czasu mam problem z wybraniem serialu, który rzeczywiście chciałabym oglądać i wytrwać z nim do samego końca. Jeszcze parę lat do tyłu na bieżąco byłam z większością popularnych tytułów. Niestety niektóre z nich dobiegły końca albo ich format stał się nieco nudny i wtórny z każdym odcinkiem czy sezonem. Po "The Killing", które obejrzałam w ubiegłym roku jednym tchem, stwierdziłam, że to najlepszy serial kryminalny, jaki do tej pory oglądałam. I że trudno będzie go pobić. Cóż, nie pomyliłam się.

Z ogromną rezerwą podchodzę do wszelkich nowości, ale mam też świadomość, że pilot to tylko namiastka. Jak to mawiają "pierwsze koty za płoty", więc niekoniecznie musi się udać. Choć powinno. Jeśli pilot ma decydować o tym, czy serial się przyjmie i o tym, ile osób zasiądzie przed ekranem telewizora podczas drugiego odcinka, wejście powinno być mocne! Takie, które zapamiętamy. Niestety często takie nie jest. I nie było tym razem.

Nie mam szczęścia do seriali kryminalnych. Albo okazuje się, że według wszystkich są klapą, jak "Those Who Kill" (mnie pierwszy odcinek podobał się umiarkowanie) i zostanie zmieniona godzina emisji, a ja o serialu zapomnę, albo mają niczym nie wyróżniające się wejście, które niekoniecznie zachęci mnie do dalszego śledzenia losów głównych bohaterów. Tak jest i tym razem, bo "Murder in the First" mimo znanej serialowej i aktorskiej obsady nie powala. Jest po prostu, mówiąc brutalnie, bo dla serialu to pozycja przegrana, do bólu średni.

Główni bohaterowie to zgrany czy raczej ograny duet śledczych. Ona (Kathleen Robertson, mogliśmy ją podziwiać w ostatnim sezonie "Bates Motel") - rozwódka, buntowniczka, samotna matka, borykająca się z rzeczywistością, której nie potrafi do końca ogarnąć. On (Taye Diggs, znany z "Ally McBeal", "Prywatnej praktyki" i "Przyjaciółki na śmierć i życie" - tam też bawił się w śledztwo) - zdecydowany, wybuchowy, przechodzi życiowy kryzys. Lubią się, w gruncie rzeczy mogą sobie ufać, ale mają też trudne momenty. Kryminalno-sensacyjna intryga jak na razie jest dość przewidywalna, choć zostawia trochę niedopowiedzeń. Rzecz dzieje się w San Francisco. Podobnie jak w "The Killing" tropy prowadzą do znanego mężczyzny, którzy cieszy się powszechnym uznaniem - trzyma władzę i kasę w ręku. Erich Blunt, bo o nim mowa, grany jest przez Toma Feltona, znanego całemu światu jako Draco Malfoy. Blunt w serialu jest równie okropny co największy rywal Harry'ego Pottera.

MURDER IN THE FIRST

Już w pierwszym odcinku mamy dwa trupy, których śmierć jest oczywiście ze sobą powiązana. Rozwikłanie zagadki na pewno rozciągnie się na cały sezon, który będzie mieć siedem odcinków i tym samym wpisze się w ostatni trend krótkodystansowców. Jak na razie postaci są, powiedziałabym, umiarkowanie interesujące albo wcale. Oglądając pierwszy odcinek, niekoniecznie chcę wiedzieć o nich więcej. Nie pragnę poznać ich tajemnic, tak, jak bardzo chciałam dołączyć do teamu Linden & Holder. Wątek osobisty Terry'ego, głównej męskiej postaci, bardziej odrzuca mnie niż przyciąga albo zaciekawia. Wygląda zresztą jak żywcem wyjęty z nieszczęsnego "Hannibala".

Nie wiem, czy dam "Murder in the First" szansę. Być może po prostu za tydzień, dwa, za miesiąc o nim zapomnę. A może dać się przekonać? Z tego co pamiętam "The Killing" po pierwszym odcinku też mną nie wstrząsnęło. Po prostu dałam się wciągnąć. Czas pokaże czy to początek kolejnej, serialowej przygody, której, cholera, od pewnego czasu bardzo mi brakuje.