1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Arrow jest patetyczny do bólu, ale i tak cholernie wciąga

Arrow jest patetyczny do bólu, ale i tak cholernie wciąga

Bez dwóch zdań, finał "Arrow" był bardzo ekscytujący, a różnicę w jakości między pierwszym, a drugim sezonem widać gołym okiem. Pojawił się jeszcze lepszy Big Bad (Deathstroke), ale jednocześnie „stary” powrócił, w fabułę wpakowano więcej „komiksowatości”, prawie każdy odcinek posiadał mały lub większy cliffhanger, akcja była całkie dynamiczna, a walki wyglądały spektakularnie. Wydaje się, że wszystko jest cacy, ale tak nie jest. Jedna rzecz się od początku nie została poprawiona – Arrow.

Najsłabszym ogniwem całej serii jest wciąż postać (Green) Arrowa, który wydaje się okropnie sztuczną postacią, cyborgiem z kapturem na głowie. Nie wiem jednak kogo obarczyć winą za ten stan rzeczy. Czy twórców serialu, którzy tak napisali tę postać, czy Stephena Amella, który tak dziadowsko gra. Może każdego po trochu?

Fajnie, że Arrow założył maskę (co zbliża go o komiksowego oryginału) i przyjął zasadę „nie zabijać” po tragicznych wydarzeniach z końcówki pierwszego sezonu. Nasz protagonista stał się dzięki temu bardziej ludzki, ale z drugiej strony, nadal jest okropnie patetyczny i ciągle wlepia wzrok w jeden punkt, mówiąc jakieś wzruszające albo wzniosłe teksty. Stephen Amell w jednej chwili jest zakapturzonym bohaterem kopiącym wrogom tyłki, a chwilę potem ckliwym poetą, filozofem, z tym samym (irytującym) grymasem na twarzy, który znamy od pierwszego sezonu.

arrow drugi sezon

Dzięki bogom, w drugim sezonie pojawił się porządny czarny charakter, a Diggle, Felicity i Quentin Lance nie zniknęli w cieniu Strzały. Nie przesadzę nawet, gdy stwierdzę, że wiele razy dużo lepiej oglądało się właśnie te postacie i historię z ich perspektywy, niż wieczne skomlenie Arrow. Gdy tylko Arrow popadał w jeden ze swoich lirycznych stanów, Felicity wyskakiwała z żenującym żartem i ratowała sytuację. Wiem, że na barkach Bojownika spoczywał los miasta, ale poważnie? Aż tak patetycznie trzeba do tego podchodzić? Chwilami nawet Deadshot wydawał mi się dużo ciekawszą postacią niż główny bohater.

arrow drugi sezon finał

Poza tym jednym problemem, twórcy Arrow zaserwowali nam całkiem niezłe widowisko. Przeszłość Olivera Quenna została ładnie poprowadzona do końca, a jednocześnie wyjaśniała pochodzenie Deathstroke’a i jego misję zniszczenia Arrow. Nie rozumiałem tylko do końca, dlaczego Deathstroke przez prawie wszystkie dialogi musiał się niesamowicie drzeć, jakby jego przeciwnicy (a także sojusznicy) byli przygłusi….

Deathstroke koniec końców okazał się dla Arrowa i jego ekipy potężnym wyzwaniem i godnym przeciwnikiem, który potrafił przewidzieć każdy ruch swoich wrogów. Chociaż czasami nieprzerwane zwycięstwa Deathstroke’a zaczynały nudzić, to i tak miło się patrzyło jak Arrow dostaje po tyłku (dzięki własnej głupocie). Można w tym miejscu zarzucić twórcom, że zasadą „nie zabijania” poszli na łatwiznę, z góry skazując Strzałę na przegraną, ale miało to sens wbrew pozorom. Jasne, że na początku pomyślałem „co za mięczak…”, ale parę odcinków później zmieniłem zdanie. To nowe podejście nadało inny kurs historii i świetnie sprawdzało się w walkach, które teraz nie mogły się skończyć użyciem jednej strzały. To z kolei dawało naszemu bohaterowi możliwość używania specjalnych strzał do obezwładniania swoich oponentów.

arrow deathstroke

Najważniejsze jednak w tym wszystkim było to, że serial "Arrow" potrafił zaskakiwać. Gdy na horyzoncie pojawił się pierwszy wróg, który wydawał się „tym” Big Badem, okazywało się, że to tylko zwykły pomagier i pionek w wielkiej grze, którą rozgrywał znacznie potężniejszy charakter. Poza tym gdzieś w tle pojawiał się jeszcze wątek League of Assassins dając nam do zrozumienia, że Ra's al ghul gdzieś tam jest i wszystko widzi. Te mini cliffhangery napędzały akcję i trzymały w napięciu, do momentu pojawienia się kolejnego epizodu, co było strasznie wciągające. Problemem był natomiast ostatni odcinek, w którym – co bardzo dziwne – cliffhanger wyglądał dosyć ubogo przy tym z końca pierwszego sezonu.

Kolejnym problemem "Arrow" jest fakt, że cały czas wątki miłosne (Thea/Roy i Oliver/Sara/Laurel) potrafiły być naprawdę nużące i zabijać klimat odcinka. Ato wiązało się również z tym, że wątek Kanarka potraktowany został dosyć powierzchownie – tzn. perspektywy seksualnego napięcia między Olvierem a Sarą. Z Arrow summa summarum jest tak, że tam, gdzie pojawia się minus, pojawia się zaraz plus, a to potrafi uzależniać. Za przykład niech służy Roy, który nie został jeszcze Red Arrow, ale ostatni odcinek ewidentnie pokazuje, że w trzecim sezonie sprawy mogą ulec zmianie. Niejasne  jest natomiast, jak zostanie rozwiązany wątek det. Lance’a, Amandy Waller oraz projektu A.R.G.U.S., ale na odpowiedź musimy czekać do czasu pojawienia się kolejnego sezonu.