1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Hardkor Disko. Bardziej hardkor, czy bardziej disko?

Hardkor Disko. Recenzja

Krzysztof Skonieczny do tej pory zajmował się tworzeniem teledysków (jest m. in. odpowiedzialny za produkcję np. "HAJ$u" czy "Chleba" Masłowskiej) oraz grą w polskich filmach i teatrze. Jego nowy, debiutancki film "Hardkor Disko" pokazuje, że skok w stronę kinematografii, nie był ruchem chybionym. Co więcej, rodzi nadzieję, że jeśli Skonieczny rozwinie skrzydła, na polskie filmy do kina będzie można chadzać z przyjemnością.

Umówmy się od razu - to nie jest film wybitny i taki, który pamiętać będziemy do grobowej deski. "Hardkor disko" prawdopodobnie nie zapisze się też na kartach historii, jako przełomowy film, ukazujący prawdę o polskiej młodzieży. Nie można jednak odmówić produkcji Skoniecznego wciągającej opowieści, niezłego klimatu i pretendowania do XXI-wiecznego kina moralnego niepokoju. Oprócz teledyskowych inspiracji, które widać, w krótkich, mocnych cięciach, kontrastujących z długimi i nieco przeciągniętymi jednak scenami, dostrzec można także nawiązania do filmów Kieślowskiego, zwłaszcza tego z Baką i brzydką Warszawą w rolach głównych.

Młody chłopak, Marcin (Marcin Kowalczyk) przyjeżdża ze Śląska do Warszawy. Od początku nic o nim nie wiemy, poza tym, że przy sobie ma zawsze plecak i nóż, którego nie zawaha się użyć. Widzimy jak Marcin wchodzi do jednego z apartamentowców w stolicy. Wjeżdża windą i staje przed drzwiami mieszkania państwa P. A. O. Wróblewskich. W tylnej kieszeni jeansów ma nóż. Okazuje się, że państwa Wróblewskich nie ma w domu - drzwi otwiera ich córka Olga (Jaśmina Polak), która właśnie wybiera się na imprezę. Marcin, podążając jej śladem, ląduje w tym samym miejscu i spędza z dziewczyną całą noc pełną, picia, ćpania, szaleństwa, rozmów na granicy snu i jawy. Nazajutrz budzi się w jej mieszkaniu. Olgi już co prawda nie ma, ale są jej rodzice, którzy wspólnie z Marcinem zjedzą śniadanie.

Od tego momentu Marcin całkowicie zadomawia się w życiu Wróblewskich. Pomiędzy głównym bohaterem, a każdym z rodziny, zwłaszcza kobietami, zawiązuje się dziwna i niepokojąca relacja. Nie wiemy, jakie są pobudki Marcina, bo on sam mało mówi, a częściej po prostu robi, co podoba się jego nowej towarzyszce, Oldze. Działania i zachowania Marcina są nieprzewidywalne - to introwertyk, którzy potrafi przerazić i zachować się jak drań, jednocześnie uprzejmie dziękując za kolację. Chłopak nie składa obietnic, nie szuka przyjaźni, on realizuje swój cel, wolno i z zimną krwią. Poczynania głównego bohatera, jego wewnętrzne mary, jego skupienie i hardkorowe noce śledzi się z napięciem. Skonieczny zbudował obraz, który daje emocje, widz zachłannie chce wiedzieć, co dalej.

hardkor disko

Nie posiadam się z radości, że uniknięto tutaj nadęcia i bzdur rodem z "Sali samobójców". Na szczęście "Hardkor disko" oprócz problematycznej młodzieży i jej nihilistycznych rodziców przedstawia coś więcej. To "coś", o czym po seansie chce się porozmawiać. Otwarte zakończenie filmu z jednej strony zbija z tropu, z drugiej rodzi pytania. To widz ma znaleźć na nie odpowiedzi. Czy postępowanie głównego bohatera było wynikiem zemsty? Czy przeszłość ma jakieś znaczenie (co sugerowałyby choćby wstawki nagrań małej dziewczynki z lat 90.)? Jakie są relacje i związki pomiędzy Marcinem, Olgą, jej ojcem i matką? A może cała ta historia jest przypadkowa? Może to "tylko" bunt Marcina przeciwko "pokoleniu hardkoru"? Każde założenie rysuje przed nami trochę inną opowieść, ale równie przerażającą i mocną. "Hardkor disko" to zdecydowanie bardziej hardkor, niżeli disko, które też obecne jest w filmie, choćby za sprawą muzyki. Ścieżka dźwiękowa produkcji, zwłaszcza klipy promujące film, zasługują na uznanie.

"Hardkor disko" to niezłe, a nawet dobre kino. Wielu pewnie będzie marudzić, wzdrygną się i każą Skoniecznemu wracać do robienia teledysków. Ja cieszę się, że w tym pełnym patosu bagnie, filmów o ojczyźnie, naszym brudzie i syfie, jest coś, co choć teoretycznie wpisywałoby się w klimat wiecznej degrengolady, jest świeże i daje widzowi coś więcej, niż tylko wódkę, cebulę, dzieci w ciąży i poPRL-owskie rany. Zresztą, sami sprawdźcie. Mnie wciągnęło i "dopierdoliło w zmysły".