1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Książki

Najbardziej kontrowersyjne e-booki w historii: Sto dwadzieścia dni Sodomy , czyli szkoła libertynizmu

Najbardziej kontrowersyjne e-booki w historii: Sto dwadzieścia dni Sodomy , czyli szkoła libertynizmu

Markiz De Sade napisał we wstępie swojej książki, a raczej jej niekompletnego szkicu, jaki ocalał: „Ta książka jest najbardziej nieczystą opowieścią, jaka powstała od początku świata. Podobnej nie spotka się ani u starożytnych, ani u nowożytnych". Bardzo odważne stwierdzenie, lecz po przebrnięciu przez wszystkie fantazje bogatego libertyna, które zawarł w zapiskach „Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu”, trudno się z nim nie zgodzić.

Donatien Alphonse François de Sade. Na pewno słyszeliście już o Francuzie, niekoniecznie czytając jego wynaturzone dzieła. Wszakże nie każdy człowiek może pochwalić się, że to od jego własnego nazwiska określa się zaburzenie preferencji seksualnych. Sadyzm nazywamy sadyzmem właśnie ze względu na zapiski markiza de Sade. Zapiski, które o mały włos nigdy nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby nie pewien złodziej, który wykradł szkice i przekazał je dalej. Autor, sądząc, że jego notatki zniknęły bezpowrotnie, zaczął pracować nad kolejnymi wariacjami „Sto dwadzieścia dni Sodomy”, tworząc karłowaty zbiór dzieł tak nikczemnych, że zostały ochrzczone prozą wyklętą.

dni sodomy

Czym jest ta książka? W teorii opisuje działania czterech majętnych jegomości, którzy z dala od cywilizacji w 1797 roku dopuścili się najsłynniejszej orgii, jaka kiedykolwiek została odnotowana. Warto dodać, że markiz w dużym stopniu mógł zdawać relacje z orgii, która naprawdę miała miejsce i w której naprawdę uczestniczył. Między innymi za to został wtrącony później do Bastylii, gdzie ów szkice „Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu” napisał.

Orgia, o której pisze Donatien Alphonse François de Sade, była trzymiesięczną rozpustą z dala od oczu świata. Bezbożna, a raczej jawnie antychrześcijańska tradycja zapanowała na długie dni w murach olbrzymiego zamczyska, w którym dochodziło do najbardziej odrażających scen i praktyk. Dzieło de Sade nie jest jednak tworem, nazwijmy to „pikantnym”, za jaki podobno uchodzi „50 twarzy Greya”. Mówimy tutaj o zapiskach skrajnie obrzydliwych i odrażających. Tortury, okaleczanie, więzienie, ubezwłasnowolnianie, bicie, palenie, gwałcenie, akty przy użyciu dzieci oraz zwierząt – „Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu” to jeden, ogromny zbiór najbardziej plugawych pomysłów, który człowiekowi uznawanemu przez współczesnych psychologów za zdrowego nie przyszedłby raczej do głowy, a na pewno nie jako akt mający dawać przyjemność oraz zaspokojenie seksualne.

120 dni sodomy 2

Przebrnąłem przez wszystkie fantazje/wspomnienia autora, który bawił się swoim dziełem dokładnie tak, jak w prawdziwym życiu bawił się i drwił sobie z prawa, chrześcijańskiego porządku świata oraz równości wszystkich mężów, za sprawą której Francja zapłonęła ogniem rewolucji. Ten mężczyzna był wielokrotnie aresztowany, zatrzymywany i osądzany. Przez pewien okres posiadał nawet wyrok śmierci, lecz przy sporych środkach do życia żadne zasady mniej zamożnych ludzi go nie obejmowały. W „Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu” de Sade również z pogardą pisze o prawie, sprawiedliwości i porządku, idąc zdecydowanie dalej, niż większość osób uznających się za libertynów.

Przez 120 dni książki w zamku hrabiego, jednego z czterech organizatorów, ma miejsce największa orgia na świecie. Bierze w niej udział wiele kobiet i mężczyzn, którzy z dnia na dzień zmuszani są do wykonywania coraz bardziej upokarzających czynności oraz do coraz większego poddaństwa. Ucieczka nie jest możliwością, ponieważ ogromne zamczysko leży na (tak zdawało się „gościom”) skraju świata, natomiast drzwi i okna zostały w nim zamurowane. Czterej majętni mężczyźni wykorzystują przetrzymywanych ludzi w najbardziej dziki i chory sposób, jaki możecie sobie tylko wyobrazić, co skrupulatnie, skrzętnie i dokładnie zapisuje markiz w swoich szkicach. Bardzo dokładnie.

120 dni sodomy 3

To właśnie największy problem niedokończonego dzieła. „Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu” rozpoczyna się prawdziwym trzęsieniem ziemi. Plugawy tekst budził we mnie obrzydzenie. Od samego początku poziom niesmaku wręcz wylewa się z kart, atakując w europejskie świętości czy niewinność nieletnich. Potem napięcie jak i obrzydzenie jedynie opada, pomimo coraz bardziej wymyślnych, fantazyjnych i chorych opisów. Powodem jest ogromna powtarzalność, jaka cechują szkice. Podczas ich czytania ma się wrażenie, że to dzieło stworzone przez Sade dla Sade. Z punktu widzenia czytelnika „120 dni Sodomy” jest tak mało przystępne, jak to tylko możliwe. Wiem, że biorąc pod uwagę tematykę, to co napiszę wydaje się niemal nierealne, ale dzieło Donatiena Alphonse Françoisa de Sade jest po prostu… nudne.

120 dni Sodomy to minimum 120 fantazji, chociaż było ich znacznie, znacznie więcej. Uwierzcie mi, w pewnym momencie czytanie drobiazgowych opisów męskiego członka czy kobiecej kibici zaczyna szczypać w oczy. O ile pierwsze karty książki to coś obrzydliwego, ale i nowego, niespotykanego, a zatem interesującego i wciągającego, tak później momentami nawet sufit wydaje się być ciekawszy od ekranu czytnika. Wyraźnie czuć, że de Sade stara się „wyrobić normę”, jaką sam sobie zarzucił trzema miesiącami rozpusty. Chociaż zamożnemu Francuzowi nie brakowało fantazji czy szerokiego doświadczenia, po pewnym czasie zaczął zjadać samego siebie, byle tylko dotrwać do samego końca tej opowieści. Oczywiście nie wiadomo, czy finalna wersja jego książki wyglądałaby tak samo, jak szkice, ale te po pewnym czasie nużą niesamowicie, mimo przyjętej tematyki. Obrzydzenie przeplata się z ziewaniem, zainteresowanie ustępuje zrezygnowaniu, natomiast monotonia zabija nawet najbardziej pikantne sceny i momenty.

120 dni sodomy

Mimo tego, „Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu” nie jest tytułem, po przeczytaniu  którego nie ma się żadnych emocji. Ten twór można nienawidzić bądź można się nim sugerować i czerpać z niego inspirację. Nie da się jednak nic do niego nie czuć. Chociaż nie jest to książka w najbardziej oczywistym przez nas rozumieniu, wypala się w umyśle niczym rozgrane do czerwoności żelazo. Co gorsze, zostaje w nim na stałe. Właśnie to musisz mieć na uwadze, drogi Czytelniku, sięgając po „Sto dwadzieścia dni Sodomy” i z tym musisz się liczyć, niezależnie od motywacji.

Zdjęcia pochodzą z filmu Salo, czyli 120 dni Sodomy