1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Drugi sezon House of Cards daje mocno po pysku

Recenzja drugiego sezonu House of Cards

Frank Underwood powraca w wielkim stylu. Mimo, że drugi sezon jest po prostu kontynuacją pierwszego i nikt nie powinien być zszokowany przebiegiem fabuły – oprócz paru wyjątków – to można odnieść wrażenie, że kongresmen o inicjałach F.U. jest niczym bohater filmów akcji. Wpada przez drzwi obwieszony amunicją, pręży swoje muskuły i roz… nosi wszystko dookoła dzięki serii z CKMu.

Bezwględny pragmatyzm

Już od trzynastu odcinków poprzedniego sezonu wiemy, że dla Underwooda nie ma problemów, których by nie przezwyciężył. Tym razem jednak czyni to w sposób bardzo niepokojący, Underwood nie zwraca się bezpośrednio do widza, który śledzi jego poczynania, ignoruje naszą obecność. Kongresmen z chirurgiczną precyzją i bez najmniejszych emocji robi to, co uznaje za słuszne, a jego działania mówią nam „tak, jestem zdolny posunąć się aż tak daleko” - aż ciarki po plecach przechodzą.

Do czasu „samobójstwa” Russo, jako widz kibicowałem Underwoodowi. Mimo, że jego poczynania z moralnością nie miały wiele wspólnego, to trudno było nie podziwiać tej zawziętości i upartości w zmierzaniu do celu przez Underwooda. Taki uniwersalny antybohater, skurczybyk, z którym aż chce się wyjść na piwo i pogadać, żeby dowiedzieć się jak on to wszystko robi. Po śmierci Russo stosunek do Underwoda trochę się zmienia, wolelibyśmy raczej unikać tego pana, a po obejrzeniu drugiego sezonu nie chcielibyśmy mieć z nim nic wspólnego, najlepiej to oglądać go zza kuloodpornej szyby.

Wolnym tempem, do samego końca

house of cards underwood

W ostatnim odcinku pierwszego sezonu widziliśmy jak Claire i Francis zaczynają razem jogging i trzeba przyznać, że państwo Underwood sporo się nabiegali, ale efekt był wart pocenia się. Gdy Underwoodowie kończą swój bieg, na chwilę przystają i lekkim skinięciem głowy dają nam znak, że wszystko jest już przygotowane. Wydaje się, że przez cały czas, gdy ich nie widzieliśmy, oni obmyślali swój plan co do najmniejszego szczegółu. Skinięciem tylko wprowadzili go w życie.

Z początku można by pomyśleć, że Claire i Francis są przyparci do muru, otoczeni bez drogi wyjścia, ale jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić, dla tych dwojga nie ma drogi bez ucieczki. Obydwoje wybrali dosyć drastyczne kroki – chociaż Francis w tym przoduje – i dopięli celu. Francis zostanie wiceprezydentem a Claire opanowała sytuację w CWI. Przynajmniej na razie wiemy, że dla nich szachownica jest znów zapełniona pionkami.

house of cards birthday

To wszystko jednak dzieje się w dosyć wolnym tempie, partie są rozgrywane powoli, ruchy są przemyślane. Fabuła nie ciągnie nas za włosy i przykłada twarzy do monitora, do pewnego momentu… Nagle dostajemy obuchem w głowę i akcja wyrywa do przodu, a potem znów zwalnia tempa, jak gdyby nic się nie stało. Przecież to normalne, że Underwood jest bezwzględną bestią, więc nie ma tak naprawdę czym się przejmować. Dodatkowo Francis ma urodziny, więc trochę pofolgować sobie może, prawda?

Całkiem inne odczucia można mieć wobec Claire. Jasne, ta kobieta też nie przebiera w środkach aby wygrać, ale widzimy też jej ludzką twarz, która poddaje się emocjom - co raczej ciężko zarzucić Francisowi. I gdy już mamy wrażenie, że z Claire to jeszcze całkiem (z przymrużeniem oka) normalna babka, to na koniec czar pryska. Nie wiemy jednak jeszcze, dlaczego tak się dzieje i czy ów czar nie powróci, ale na chwilę obecną pani Underwood znów staje się maszyną pozbawioną uczuć – żona godna swojego męża.

Francis o nas nie zapomniał

F U house of cards

W zasadzie od początku pierwszego odcinka drugiego sezonu House of Cards coś nie gra. Widz zostaje czegoś pozbawiony… kontaktu z Francisem. Ten odcina się od oglądających go osób i na nowo buduje „czwartą ścianę” tylko po to, żeby na koniec znów ją zburzyć i zaciekawić widza jeszcze bardziej. Francis nie zapomniał o nas, on się tylko bawił i specjalnie uśpił nasza czujność, aby podkręcić atmosferę i rzucić jedną radę dla nas wszystkich – „hunt or be hunted”.