1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

High Hopes - nowy album Bruce’a Springsteena. Mistrz coraz lepszy czy po prostu trzyma poziom?

High Hopes – nowy album Bruce’a Springsteena. Mistrz coraz lepszy czy po prostu trzyma poziom?

Bruce Springsteen wydał 18 krążek w swojej karierze. Najnowszy album nosi tytuł High Hopes i właśnie dziś jest dzień jego premiery. High Hopes mogliśmy posłuchać już przedpremierowo na Deezerze. Karol dał wam niezły przedsmak tego, co możecie znaleźć na tej płycie. Pora na nieco obszerniejszą recenzję.

High Hopes, to osiemnasty studyjny krążek w karierze Springsteena, jednego z najważniejszych muzyków za Oceanem, który jest tak amerykański, jak to tylko możliwe. Czyli w zasadzie, bez większych zmian brzmieniowych. Stary dobry i rockowo/folkowy Bruce jest słyszalny od pierwszych sekund. Różnica między High Hopes a poprzednikami polega na tym, że na płycie znajdziemy covery, odświeżone stare kawałki i piosenki nienagrane wcześniej, ale za to wykonywane na żywo.

Płyta była nagrywana w najróżniejszych studiach w USA podczas Wrecking Ball Tour. Czy to nagrywanie w rozjazdach, niczym z taborem cygańskim, miało wpływ na jakość płyty? Absolutnie nie, problem z tym wydawnictwem leży gdzie indziej – wszystko brzmi bardzo znajomo. Ja wiem, tak miało być, w końcu The Ghost Of Tom Joad słyszeliśmy już w 1995 roku na albumie o tym samym tytule, zaś singlowy High Hopes na EPce Blood Brothers (też z 1995 roku). Z kolei Just Like Fire Would jest springsteenowym coverem australijskiej grupy punkowej The Saints, a Dream Baby Dream oryginalnie zostało nagrane w 1979 roku przez (też punkowy) zespół Suicide.

Bruce, jak wspomniałem wcześniej, nagrywał swój album jeżdżąc to tu, to tam, ale nie był osamotniony w swojej pracy. Żeby wszystko miało ręce i nogi, w nagraniach pomagał mu producent Rob Aniello oraz częsty współpracownik Bruce’a – Tom Morello (gitarzysta RATM i Audioslave). Na płycie nie mogło również zabraknąć E Street Band – zespołu, który towarzyszy Springsteenowi w studiu oraz podczas koncertów od ponad 40 lat.

To wspólne, bogate doświadczenie panów ze wspólnego grania znajduje swoje odzwierciedlenie na płycie. Któż inny bowiem, zdołałby nagrać krążek w mniej niż rok, podczas trasy koncertowej, pracując po 15 godzin dziennie – jak wspomina Aniello – i zebrać do tego wysokie noty u krytyków? Tylko Bruce Springsteen. I łatwo można zauważyć, że płyta brzmi bardzo dobrze. Słucha się jej przyjemnie, bez konieczności ciągłego przewijania, ale jednocześnie brakuje potrzeby „katowania” utworów, wsłuchiwania się w tekst i nucenia melodii.

bruce-springsteen

Nie jestem fanem Springsteena, ale nawet ja słuchając jego folkowego albumu The Ghost Of Tom Joad, czułem się jakby bard opowiadał mi swoje najlepsze opowieści. A po wysłuchaniu High Hopes czułem się tak jakby dopiero co przeczytał ulotkę ze sklepu. Wszystko fajnie, ale treść nie zostaje w głowie, ot kolejna płyta, której nie zapamiętam na dłużej i na pewno nie będę „męczyć” w przyszłości.

Ciężko oprzeć się wrażeniu, że Springsteen dzięki High Hopes chciał wsiąść do wehikułu czasu i cofnąć się o 20 lat. I udało mu się ta sztuka, bo na płycie rzeczywiście czuć starość, trochę tak jak pachną książki czekające lata na półkach, aż ktoś wreszcie je weźmie do ręki. Choć większość materiału zlewa mi się w jedną całość, są takie momenty „magiczne”. Jednym z nich jest The Ghost Of Tom Joad (Tom Joad to bohater książki Grona Gniewu Johna Steinbecka), gdzie gitara solowa wieci dziurę w brzuchu, kłócąc się trochę z poukładanym brzmieniem E Street Band. Na całe szczęście wszystko spaja pokryty kurzem wokal Springsteena, przypominając o tej samej opowieści z 1995 roku.

Drugim magicznym i jednocześnie najlepszym kawałkiem na płycie jest The Wall, który jest hołdem dla Waltera Cichona (muzyka i przyjaciela Bruce’a Springsteena, który zaginął w Wietnamie w 1968 roku) oraz wszystkich poległych w wojnie wietnamskiej. Utwór jest naprawdę piękny, skromny w brzmieniu i jednocześnie bardzo potężny. The Wall po raz pierwszy zadebiutował podczas koncertu w 2003 roku, jednak dopiero teraz doczekał się nagrania na krążku. Dziwi mnie strasznie fakt, że to nie The Wall a Dream Baby Dream kończy płytę, ten pierwszy zdecydowanie lepiej się do tego nadaje.

bruce springsteen

Na otarcie łez po smutnej balladzie, można posłuchać skocznego This Is Your Sword, gdzie dudy wraz z banjo wybijają się na pierwszy plan i pozwalają potupać nogą przez chwilę. W zasadzie, gdyby nie religijny tekst, to przy tej piosence można spokojnie stukać się kuflami z kumplami, tańcować z dziewojami i wszczynać burdy w najgorszych spelunach.

Co jest smutne, to poza wymienionymi wyżej piosenkami nie dostrzegam nic wartego opisania. Tak jak wspomniałem wyżej, wszystko zlewa mi się w całość, dosyć monotonną czasami. Brakuje po prostu świeżego materiału, gdyby takich „the wallów” było więcej, moja ocena na pewno byłaby wyższa. A tak, High Hopes jest dla mnie przeciętnym albumem, ani złym ani dobrym, po prostu takim, który gdzieś tam sobie istnieje i który raz z ciekawości można przesłuchać.