1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Eurodance wraca, a imię jego jest… Pitbull

Eurodance wraca, a imię jego jest… Pitbull

Pamiętacie te czasy, kiedy za dzieciaka, nie będąc niczego świadomym nuciło się (a może i nawet śpiewało) pod nosem Boom, Boom, Boom! Vengaboys, Barbie Girl Aqua albo Cotton Eye Joe zespołu Rednex? Wszystko wkazuje na to, że te czasy powróciły w nowym wcieleniu, ukrywając się sprytnie pod płaszczykiem popu zza Oceanu.

No dobra, tak naprawdę to eurodance nigdy nie zaginął – chociaż pewnie niektórzy by tego chcieli – i zdarzało się w ciągu ostatnich lat słyszeć zmagania wokalistów z tym wyrafinowanym gatunkiem muzycznym. Eurowizja jest chyba najlepszym przykładem wskrzeszania muzealnego eurodance’u, co roku bowiem na europejskiej scenie „wielcy” artyści śpiewali o miłości i innych takich duperelach, a w tle dogrywał prosty beat i nieskomplikowane linie melodyczne wirtuozersko wykonywane na syntezatorach. Często też w wakacje jakiś rumuński zespół pojawiał się znikąd i zdobywał nasze listy przebojów eurodance’ową produkcją.

Wszystko to jednak zaledwie ocierało się o prawdziwy eurodance, który znamy z czasów dzieciństwa.  Bo jak na przykład taka niemiecka Cascada ze swoimi randomowymi kawałkami ma się do hitów pokroju Shala lala. Oczywiście stare eurodancowe grupy, jak chociażby holenderski skład Vengaboys (od którego pochodzi wspomniany hicior) nadal działa, tak samo jak duński zespół Aqua reaktywowany w 20007 roku, ale nic z tego konkretnego nie wynika. Starzy wyjadacze zamiast kontynuować oldschoolowe granie z lat 90-tych, to idą w jakieś nowocześnie brzmiące piosenki, bleh. Aqua, na ten przykład, nic ciekawego od 2000 roku nie nagrała a jedynym wartym uwagi ich nowym kawałkiem jest Back To The 80’s.

Czego jednak Europejczyk nie może, to Amerykanin zrobi i tutaj pojawia się Pitbull ze swoim kawałkiem Timber, w którym pomocnego głosu użycza Ke$ha. Szczerze, bez owijania w bawełnę wyznam, że uwielbiam i podziwiam tego gościa. Jeżeli w tym miejscu każecie mi się popukać w czoło, to odpowiedzcie sobie najpierw na jedno pytanie: czy kiedykolwiek wyobrażaliście sobie, że śpiewając jakieś głupie megalomańskie zwrotki, gwiżdżąc czy robiąc „uuuuuhuuuuu” można stać się międzynarodową gwiazdą i zgarniać gruby hajs? No cóż, Pitbull to potrafi, więc wielki szacunek dla niego.

A co do samego kawałka, to brzmi on tak, jakby nagle stare Rednex ogarnęło się i wydało się na świat braciszka słynnego Cotton Eye Joe. Wpadająca w ucho banalna melodia wykonywana przez Ke$hę, prosty groove, rapowanie i wycie Pitbulla pięknie komponują się razem tworząc idealny eurodance'owy hicior.

Poza tym, że Pitbull po mistrzowsku nie umie śpiewać, to ma niezwykły talent do produkowania „tanich” kawałków, z których plastikowość aż bije po oczach. Jednocześnie wszystkie jego utwory są praktycznie takie same, wykorzystując utarte dance’owe schematy i wklejając w nie sample z czyichś kawałków (np. z Take On Me użyty w Feel This Moment) Pitbull tworzy coś swojego. Nie zapominajmy również o jego słynnym „wyciu” obecnym w każdej produkcji.

Pewnie myślicie teraz, że mam coś z głową nie tak, bo mój stosunek do Pitbulla jest niemożliwie wręcz ambiwalentny. Prawda jednak jest taka, że wszystkie te „przywary” są tak naprawdę zaletami Pitbulla. Jeżeli ktoś jest w stanie sprzedać takie „coś” tylu słuchaczom na świecie i zarabiać na tym tyle pieniędzy, to przepraszam bardzo, ale ja to muszę docenić. No a z drugiej strony, to naprawdę miło czasem posłuchać sobie właśnie tego odmóżdżającego eurodance’u od Pitbulla. Chociaż takich guilty pleasure jak Timber nie ma w zbyt wiele w jego dyskografii, to spodziewam się, że w niedługim czasie pojawi się ich więcej. No a że sylwester się zbliża, to Pitbulla nigdy za dużo.