1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Maczeta Zabija… w coraz bardziej kampowy sposób

I wyśmiewa wszystko co do tej pory widzieliśmy w historii kina akcji, włączając w to pierwszy film o Maczecie. W wielkim skrócie można powiedzieć, że tak jak Maczeta z 2010 w swoim zamyśle miała być ukłonem w stronę kina z lat 80-tych (czyli tandetnym filmem akcji) i ukazaniem miłości Rodrigueza do exploitation, to Maczeta Zabija idzie już w inną, zdecydowanie przerysowaną stronę i jest jednym wielkim inside jokiem. Mógłbym nawet pokusić się o porównanie tutaj do Evil Dead, gdzie pierwsza część w zamyśle autora (Sama Raimi) miała być „po prostu” horrorem, a w przypadku Evil Dead 2 mieliśmy do czynienia już z kipiącym czarnym humorem pośmiewiskiem z pierwowzoru.

Maczeta Zabija… w coraz bardziej kampowy sposób

I mnie takie podejście Roberta Rodrigueza ujęło, przykuło do fotela i pozwoliło świetnie się bawić przez cały seans. Dlatego na wstępie powiem, że dziwią mnie strasznie recenzje, w których autorzy punktują niedorzeczność Macheta Zabija (Machete Kills) i odwracają głowę, bo „dwójka” tak różni się od „jedynki”. Problem tylko w tym, że o to chodziło, tak ma być. Jeszcze tandetniej, pastiszowo i ogólnie „źle”. Kto zresztą przy zdrowych zmysłach oczekiwałbym poważnego podejścia, gdy w obsadzie mamy Charliego Sheena (a raczej Carlosa Esteveza jako prezydenta USA), Mela Gibsona (jako Big Bada) i Lady Gagę (grającą płatnego zabójcę)?

Już po zwiastunie można było się spodziewać, że najnowszy obraz Rodrigueza będzie się różnić od poprzednika. Pierwotna Maczeta (oraz fikcyjny trailer z Grindhouse) była „zła” nie tylko fabularnie, ale i technicznie, czym miała przypominać stare kino klasy B. Z kolei Macheta Zabija wyglądała po prostu wyśmienicie – w końcu skoro już pokazywać kiepski film, marne CGI i kobiecie kształty (chciałbym podziękować w tym miejscu Amber Heard, Michelle Rodriguez i Sofii Vergara) to najlepiej w HD. A propos kobiecych kształtów, Macheta Zabija cierpi na chroniczny brak gołych piersi, na całe szczęście film nadrabia w innych miejscach, w jakich?

Ano na przykład przez mnóstwo one-linerów, wypowiadanych (oczywiście) w większości przez samego Maczetę Corteza, np.: Machete don’t tweet, Machete happens, Nobody knows Machete, jakbym miał lepszą pamięć mógłbym takimi cytatami wypełnić dwa akapity jeszcze. W zasadzie takich one-linerów jest tyle, że oglądając Maczeta Zabija spokojnie można zagrać w pijacką grę – pij gdy usłyszysz „Machete don’t…”. Dodam jeszcze, że prawie wszystkie dialogi są przerysowane i do bólu przewidywalne. Czy to źle? Wręcz przeciwnie.

Do tego jeszcze Rodriguez serwuje nam prawdziwy festyn przeróżnych „tanich” odniesień do filmów bardziej i mniej znanych. Nie chcę wam psuć zabawy w zgaduj zgadula, ale z takich oczywistych aluzji mogę wymienić np. Od Zmierzchu do Świtu, Gwiezdne Wojny, Desperado oraz przede wszystkim filmy o Jamesie Bondzie, gdyż cała fabuła Maczeta Zabija (która gna momentami na złamanie karku) jest tak naprawdę zbudowana z posklejanych wątków o agencie 007. Mamy więc szalonego genialnego złoczyńcę, który chce zniszczyć cały świat i po przeciwnej stronie bohatera, który powstrzyma Big Bada i zapobiegnie zagładzie ludzkości. Można powiedzieć, że Maczeta to taki trochę Austin Powers na sterydach.

Skoro jesteśmy przy naszym tytułowym bohaterze, nie wypada nie powiedzieć, że Danny Trejo jest chyba jedynym elementem z Maczety z 2010, który nie uległ zmianie. Nasz bohater jest bezwględny, nie okazuje emocji, kopie wszystkim tyłki, zawsze unika wszystkich kul (poza paroma wyjątkami), uprawia seks (w „3D”) z piękną miss, a do tego jak na swoje 69 lat wygląda znakomicie – aż chciałoby się rzec Machete don’t age. Poza oczywistymi rzeczami jak to, że Charlie Sheen byłby wspaniałym prezydentem (legalizacja marihuany za jego kadencji powoduje wzrost gospodarczy USA), Mel Gibson byłby super złoczyńcą gdyby nie został aktorem, a Michelle Rodriguez uratowałaby mój tyłek gdybym tylko znalazł się w opresji, musze powiedzieć, że Lady Gaga (wyglądająca jak Madonna z Dick Tracy) zaskoczyła mnie pozytywnie, a jej gra aktorska była tak dobra, jak zła jest jej piosenka Aura.

Jutro jest premiera Maczeta Zabija w Polsce i jeżeli wahacie się czy iść do kina, to nie wahajcie się, idźcie, usiądźcie wygodnie i cieszcie się filmem. Nie oczekujecie tylko powtórki z 2010 roku, bo wtedy możecie się zawieść. A jeżeli sądzicie, że trzeci film z Maczetą wróci do korzeni, to… grubo się mylicie, Rodriguez idzie już w zupełnie innym kierunku.


Miałem przyjemność zajmować fotel obok Jacka na przedpremierowym pokazie Maczeta Zabija i... mógłbym palnąć teraz komunałem w stylu „...i Maczeta mnie zabił”. Nie, nie zabił, i poprzednio również tego nie zrobił. Odwrotnie: nie zabił, bo swoją bezpardonową rozrywką przywrócił do życia po ciężkim dniu. Kretyński humor i wręcz debilne sceny walki momentalnie generują banana na twarzy, a dłoń mocniej zaciska się na zimnej szyjce butelki.

Tak jak wspomniał Jacek, Maczeta Zabija „programowo” nie różni się od poprzednika, lecz konceptem i wykonaniem – jak najbardziej. „Więcej akcji, więcej gwiazd, więcej humoru. Ten sam Maczeta” - szczery do bólu slogan reklamujący obraz jest jego idealnym opisem. Jednak skumulowanie większej ilości materii na takim samym obszarze musiało doprowadzić do swoistego big bang. Niektórzy na totalnie przerysowane gagi i teksty mogą reagować alergicznie, ale ewentualny zgrzyt znika w przeciągu kolejnej sekundy. Tu nie miejsca na zastanawianie się. Jest jeszcze inna ciemna strona tego popkulturowego przepychu. Ilość powiedzonek Maczety czy easter eggs niebezpiecznie zbliża się do granicy... klęski urodzaju. Nie siedziałem jak na szpilach oczekując na kolejny kultowy tekst w stylu „Maczeta nie SMS-uje”, bo tym razem protagonista sportretowany przez Trejo rzucał pochodnymi powyższego co chwila.

Maczeta Zabija jest obowiązkowym filmem dla każdego, kto uwielbiał „jedynkę”, choć może już niekoniecznie dla fanów „poważniejszych” produkcji (jak np. Niezniszczalni). I do licha! Niech pozostali recenzenci przestaną marudzić o bezsensowności tego obrazu! Przecież to nie jest kino moralnego niepokoju. Maczety nie zobaczysz raczej w swoim ulubionym kinie studyjnym.