1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Dziewiąty sezon How I Met Your Mother zaczyna się…(o dziwo) całkiem dobrze

Na ile tylko moje uprzedzenia i niechęć do Teda pozwala, muszę przyznać, że pierwsze trzy odcinki How I Met Your Mother oglądało mi się bardzo dobrze. I to nie tylko z tego powodu, że serial (nareszcie) zmierza ku końcowi i w końcu poznałem legendarną „matkę”, ale po prostu poziom odcinków (The Locket/Coming Back/Last Time In New York) był naprawdę przyzwoity.

Dziewiąty sezon How I Met Your Mother zaczyna się…(o dziwo) całkiem dobrze

W zasadzie to poziom 9 sezonu jak do tej pory rośnie z odcinka na odcinek, o ile w odcinku The Locket moje policzki tylko delikatnie zadrżały, to już podczas oglądania Coming Back i Last Time były momenty, że śmiałem się przez kilkanaście sekund, co w przypadku serialu, gdzie głównym bohaterem jest Ted Mosby - czyli największy nudziarz i nieudacznik (nie licząc Homera Simpsona) w historii seriali telewizyjnych – jest rzeczą wybitną.

Poza tym, akcja całego dziewiątego sezonu dzieje się w przeciągu jednego weekendu i (nie licząc podróży Marshalla) i jednego miejsca akcji – Farhampton Inn. Co za tym idzie, twórcy (w sadomasochistyczny sposób) musieli się bardzo postarać, aby widz się zbyt szybko nie znudził. Dodatkowym czynnikiem niesprzyjającym jest fakt, że w przypadku How I Met Your Mother trzeba się było liczyć z tym, że finałowy sezon pełen będzie powrotów do przeszłości, a ile można wspominać to co było i śmiać się z tego, że Ted nie potrafił przez osiem lat znaleźć sobie żony?

Na całe szczęście póki co, tak dużo nostalgicznych scen nie ma, a jeśli już są (oczywiście dotyczące Teda) to nie męczą tak jak można by się spodziewać – na przykład walki na miecze. Odcinek pierwszy (The Locket) ukazuje nam podróż naszej paczki przyjaciół, którzy zmierzają do hotelu Farhampton w dwójkach, tzn. Lily z Tedem, Barney z Robin i Marshall z synem oraz nowo (niechcący) poznaną towarzyszką wojaży – Daphne (Sharri Shepherd). Trzy różne środki lokomocji, (początkowo) trzy różne miejsca akcji i całkowicie różny poziom dowcipów.

Screenshot_2

Od samego początku duet Barney i Robin stoi o klasę wyżej niż reszta paczki. Wątki takie jak: „kazirodcza” podróż limuzyną, gra słów (ring bear/ring bearer), historia „napalonego” rodu Stinsonów (zdecydowanie najlepszy wątek z trzech odcinków), przygotowanie „miłosnego” pokoju brata Barneya oraz uciekanie przed bandą zombie-staruszków - okazały się najlepsze, przyćmiewając nawet moment poznania matki. Zdecydowanie najbardziej nużącymi scenami były te związane z próba dotarcia Marshalla do Farhampton.

Screenshot_3

Co ciekawe, Ted nie był tak irytujący jak można by się tego po nim spodziewać. Być może to zasługa Lily i jej skłonności do wlewania w siebie litrów alkoholu oraz recepcjonisty Curtisa, który chcąc nie chcąc obnażył życiową nieporadność Teda. Postać Teda była momentami na tyle żenująca (szczególnie w stroju plażowym z lat 20-tych), że paradoksalnie można było się z niej pośmiać. Jeżeli tak dalej sytuacja będzie się rozwijać, to być może dziewiąty sezon nie będzie wcale taki zły, tym bardziej, że odcinek Last Time In New York zostawił nas w objęciach potężnego cliffhangera.