1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale
  4. YouTube

Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość Mortal Kombat

Wiadomo już, że w najbliższym czasie, tj. 26 września na YouTube trafi drugi sezon Mortal Kombat: Legacy. Odkąd tylko ten internetowy serial zyskiwał coraz większą popularność, jedno stało się jasne – filmowy reebot jest nieuchronny, a teraz jego realizacja staje coraz pewniejsza i cieszmy się z tego wszyscy.

Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość Mortal Kombat

Jak wyglądały początki przeniesienia uniwersum Mortal Kombat na ekrany (te duże i te małe) wszyscy wiemy – nie było to zbyt przyjemne doświadczenie. Najpierw w 1995 roku ukazał się film Mortal Kombat, który z pewnością nie grzeszył wielkością (w końcu Christopher Lambert sam nie podźwignie całego filmu), ale umówmy się, mogło być gorzej… Czego dobitnym dowodem był Mortal Kombat: Annihilation z 1997 roku. Absurdalne dialogi, fabuła, efekty specjalne, aktorstwo – nawet Raiden (którego tym zagrał James Remar) wydawał się przestraszonym, zagubionym chłopcem.

Potem było trochę lepiej, być może przemawia przeze mnie nostalgia i moja dziecięca, niezwykła wręcz ochota na obejrzeniu czegokolwiek z uniwersum Mortal Kombat, ale serial Mortal Kombat: Conquest (1998) naprawdę mi się podobał. Oczywiście fabuła znacznie odbiegała od tej, którą znamy z gier a zakończenie wołało o pomstę do nieba, ale summa summarum jak na tamte czasy, serial był całkiem udany. Chociaż po piętnastu latach trzeba przyznać, że Mortal Kombat: Conquest troszeczkę się postarzał, być może już w 1998 roku wyglądał źle, ale dzieciakowi trudno takie rzeczy zauważyć. Poza tym, to banalne zakończenie nadal wydaje się nie na miejscu.

Za wszystkie wyżej wymienione produkcje odpowiadała wytwórnia New Line Cinema (od 2008 połączona z Warner Bros.), która kolokwialnie rzecz mówiąc – nie popisała się za bardzo przez te wszystkie lata. Gdy w 2010 roku reżyser Kevin Tancharoen opublikował swój ośmiominutowy film - Mortal Kombat: Rebirth - okazał się on lepszy od wszystkiego co do tej pory widziałem z uniwersum MK. Miałem przeczucie, że od tego momentu może być tylko lepiej i miałem rację.

Niedługo później dom produkcyjny Warner Premiere (należący oczywiście do Warner Bros.) zamówił stworzenie 10-cio odcinkowego serialu Mortal Kombat: Legacy (zainspirowanego MK: Rebirth), który miał się ukazać za darmo na YouTube. Tancharoen obarczony sukcesem swojego krótkometrażowego filmu, miał zasiąść na stołu reżyserskim. Już w kwietniu 2011 roku serial się ukazał (promowany przez Machinima.com), w tym samym czasie zapadła także decyzja, że Tancharoen miałby być odpowiedzialny za kinowy reboot, do którego scenariusz napisałby Oren Uziel (MK: Rebirth, 22 Jump Street).

Serial (składający się z 9 odcinków) okazał się ogromnym sukcesem, pierwszy odcinek obejrzało ponad 18 mln widzów. Mocną stroną tej produkcji okazała się fabuła, w której nacisk został postawiony na pokazanie sylwetek bohaterów, a także na ukazaniu historii, która stanowiłaby pomost między fantastyką (mitologią uniwersum MK) a (w miarę) realnym światem. Tancharoen tchnął nowe życie w stare już truchło i udało mu się to genialnie, stąd na wieści o powstaniu drugiego sezonu nie trzeba było długo czekać. W 2012 roku zostało ogłoszone – powstanie Mortal Kombat: Legacy II.

W drugim sezonie do starych bohaterów dołączają takie postacie jak Liu Kang, Kung Lao, Kenshi, Ermac a także Shang Tsung, którego zagra Cary-Hiroyuki Tagawa - znany nam wszystkim z pierwszego Mortal Kombat. Dodatkowo do roli Raidena, Mileeny, Kurtisa Strykera i Johnny’ego Cage’a zatrudniono nowych aktorów. Wiadomo już też, że fabuła drugiej serii będzie bardziej ciągła (mniej epizodyczna) a walki będą zdecydowanie bardziej brutalne, także moce bohaterów będą częściej widziane – bez obawy, efekty specjalne nie powinny nikogo zawieść.

Okazuje się jednak, że nowa kinowa wersja Mortal Kombat nie będzie mieć nic wspólnego z fabułą przedstawioną w serialu. Czy to źle? Nie wiem, ale na pewno przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać na ocenę. Tancharoen zapewnia, że produkcja powoli porusza się do przodu. I to chyba dobrze, bo pośpiech jest często złym doradcą.