1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy
  4. Seriale

Przecież serial "Egzorcysta" ma genialny potencjał, jakiego nie ma film

Przecież serial „Egzorcysta” ma genialny potencjał, jakiego nie ma film

Może Egzorcysta nie straszy już tak samo jak 40 lat temu i może nawet niektórych śmieszyć – zawsze się tacy znajdą - ale trzeba przyznać, że jest to wciąż genialny film, który świetnie się ogląda. A niedługo być może będziemy mogli robić to całkiem regularnie na ekranie telewizora za sprawą Jeremy’ego Slatera (scenarzysty rebootu Fantastycznej Czwórki) i Roya Lee (współproducenta Bates Motel).

Już czuję, że fani ojca Merrina będą pluć na ten pomysł i trudno się im dziwić - w końcu sequele i prequele okazały być co najmniej średnie – ale skoro Hannibal został całkiem nieźle przyjęty, a do tego szykuje nam się serialowe Rosemary’s Baby, Scream i nowa wersja The Tommyknockers, to pewnie teraz jest na to najlepszy czas.

W zasadzie Egzorcysta swój pierwszy test świeżości przeszedł w 2000 roku, gdy do kin (a także na DVD) weszła odpicowana cyfrowo wersja The Exorcist: The Version You’ve Never Seen, gdzie dodano chociażby scenę z Regan (opętaną przez Pazuzu) kroczącą po schodach niczym pająk czy sceny ze szpitala i biura psychiatry badającego dziewczynkę. Ilość sprzedanych biletów i kopii DVD świadczą o tym, że pomimo upływu lat ten film zdecydowanie zasłużył na swoje miejsce wśród najstraszniejszych horrorów wszechczasów.

Wydawać by się mogło, że sukces serialu jest na wyciągnięcie ręki, ale próby przeniesienia legendy na małe ekrany trwają już od kilku lat. Oryginalna koncepcja zakładała stworzenie 10 odcinkowej serii, która miała opierać się o książkowy pierwowzór (autorstwa Williama Blatty) opowieści o opętaniu przez Pazuzu. Koniec końców produkcja nie nigdy nie ujrzała światła dziennego. Póki co wytwórnia Morgan Creek (Exorcist III; Exorcist: The Beginning; Dominion: Prequel to the Exorcist)stara się sprzedać swój „nowy” pomysł różnym stacjom telewizyjnym, na razie jednak nie widać na horyzoncie konkretnego kupca.

I trochę nie rozumiem tego stanu rzeczy, ponieważ prawdę mówiąc taka seria mogłaby odnieść ogromny sukces. Współczesna technologia pozwala na wiele rzeczy, o których William Friedkin (reżyser oryginału) mógł kiedyś tylko marzyć. Wiadomo, efekty specjalne nie zastąpią dobrze napisanego scenariusza, ale hej, Slater i tak ma ułatwione zadanie, bo przecież wystarczy jak sięgnie ręką do książki The Exorcist. W końcu serial (w przeciwieństwie do filmu pełnometrażowego) pozwala na rozwinięcie wielu wątków i bardziej szczegółowe pokazanie bohaterów. Nic tylko trzymać kciuki i czekać (przy okazji obejrzeć wersję reżyserską), przecież wymiotowanie grochówką czy obroty głowy o 360˚ zawszę będą straszne.