1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Gry

Dink Smallwood to wspaniała gra - prasa komputerowa kłamała!

Dink Smallwood to wspaniała gra – prasa komputerowa kłamała!

Dink Smallwood został zmasakrowany w prasie komputerowej, a niektóre renomowane czasopisma śmiały się z niej w twarz. Doszło nawet do tego, że na skutek medialnej krytyki twórcy zdecydowali się zmienić status swojej produkcji na freeware, a w efekcie... trafiła na krążki CD-Action, Gamblera i kilku innych. I  się zaczęło, gracze spróbowali, umorusali się trochę w tym kiczu, a następnie Dinka pokochali. 

Serio, to był jakiś 1999 rok, a cały świat kłaniał się w pas Baldur's Gate, który na długie lata (dla mnie do dziś) został królem RPG-ów. Dink Smallwood wyglądał na jego tle jak brzydka, gruba koleżanka, która grzeje parapet na szkolnej bibliotece.

Grafika? Bleh. Sposób poruszania się? Meh. System rozwoju głównego bohatera? Eee... Przeciwnicy? LOL! Dink Smallwood był zresztą świniopasem, wieśniakiem z kiepsko rokującej zagrody. Pewnego dnia wyszedł na moment poza swoje wąskie horyzonty w poszukiwaniu drzewa z orzechami, a w międzyczasie spłonął dom wraz z jego ukochaną matką. Po drodze Dink poznał też pewnego dziwnego czarodzieja i tak rozpoczęła się jego przygoda.

W Dinku wszystko, absolutnie wszystko było koszmarne, co nie zmienia faktu, że to wspaniała gra i przeszedłem ją trzy razy. Opowiadała typową historię "od zera do bohatera", główny bohater na początku ledwie daje sobie radę z przerośniętymi karalucho-pantofelkami, by na samym końcu kłaść na łopatki wielkie smoki i demony.

Tam naprawdę wszystko było złe, system walki przypominał zręcznościówki sprzed kilku dekad, gdzie wystarczyło biegać w kółko i od czasu do czasu przygrzać w przeciwnika kulą ognia, żeby ostatecznie uporać się z największym potworem. A mimo to Dink miał syndrom "jeszcze jednego levelu". Tę prowizoryczną moc się czuło, ona rosła z każdą chwilą i przyjemnie było oglądać, jak główny bohater z każdą chwilą zyskuje na znaczeniu - także w społeczności gry.

Jeśli mówić o zaletach, to fajny był też świat gry. Nie zrozumcie mnie źle - wyglądał koszmarnie, ale nie brakowało w nim różnych smaczków, ukrytych lokacji, easter eggów czy power-upów. Twórcy należeli zresztą do wielkich zgrywusów. Dink żartuje sobie na całkiem przyzwoitym poziomie, nie stroni od sarkazmu, a i główny boss wygląda jak jeden z autorów gry czy kogoś w tym stylu.

No i muzyka. Karty dźwiękowe z końca lat 90-ych nie miały okazji często wyjękiwać aż tak przyzwoitych dźwięków, które ciekawie kontrastowały z ogólnym artystycznym wydźwiękiem produkcji.

Nie wiem czy po latach winić recenzentów, którzy nie zostawili na Dinku suchej nitki. Z jednej strony - jako recenzenci i w kontekście pierwotnie ustalonej ceny gry - mieli do tego prawo. Z drugiej - chyba nieco zbyt szybko zasugerowali się pierwszym wrażeniem. Po bliższym przyjrzeniu okazuje się bowiem, że Dink Smallwood to fantastyczna, nieziemsko grywalna przygoda (z potencjałem na wiele przygód dzięki dołączonemu edytorowi), która jest tylko trochę brzydszym kuzynem Ponga. Ale niezmiennie - warto!

Nawet dziś, gdyż gra zaatakowała rynek mobilny. I właśnie dlatego uznałem za istotne, by ją Wam przypomnieć, tym bardziej, że na standardy telefonów i tabletów, wciąż jest warta uwagi.