1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Gry

Don't Starve, czyli jak przetrwać w dziczy bez save'a

Don’t Starve, czyli jak przetrwać w dziczy bez save’a

Nie przepadam za sandboxem – grzebanie w piaskownicy nudzi mnie na dłuższą metę – ale „Don't Starve” mnie zaciekawiło. Na tyle, że postanowiłem dać mu szansę. I po kilku podejściach stwierdzam, że definitywnie było warto.

„Don't Starve” to najnowsza gra przygodowa studia Klei Entertainment, odpowiedzialnego m.in. za serię „Shank”. Oto przebiegły demon rzuca nas w sam środek dziczy, a naszym celem jest odnalezienie drogi do domu. Zadanie jest wyjątkowo trudne i żeby nam się powiodło, musimy wykorzystać całą wiedzę i wszystkie posiadane przez głównego bohatera, Wilsona, umiejętności. Przede wszystkim należy więc przetrwać – znaleźć jedzenie, rozpalić ogień, zbudować schronienie i tak dalej. Gra nie posiada żadnego tutoriala, wobec czego wszystkiego uczymy się na bieżąco. Co więcej, nie mamy możliwości zapisania gry i powtórzenia momentu, który nam się nie powiódł – jeśli coś zrobimy źle, zawsze poniesiemy tego konsekwencje. Ze śmiercią włącznie. Żeby nie było za łatwo, obszar gry jest przy każdej kolejnej próbie losowo generowany od nowa. Bywa naprawdę ciężko i frustrująco, ale „Don't Starve” cholernie wciąga.

starve1

Dzień pierwszy
Obudziwszy się na środku łąki zastanawiam się chwilę od czego zacząć. Tajemniczy mężczyzna w cylindrze, który zniknął równie szybko jak się pojawił, doradził mi, że powinienem szybko rozejrzeć się za jakimś jedzeniem. Brzmi sensownie. Ruszam w bliżej nieokreślonym kierunku, zbierając po drodze wszystko, co może mi się przydać: gałęzie, trawę, kamienie, kwiatki... Pożywienia jak na lekarstwo – po kilku minutach wszystko, co udało mi się zgromadzić to kilka jagód. Nie jest dobrze – wskaźnik mojego nasycenia uparcie spada, choć na szczęście niezbyt szybko. Biegnę dalej i oto moim oczom ukazuje się hasający sobie wokół norki królik. Ruszam na niego z uprzednio przygotowaną siekierką. Skubaniec okazuje się jednak zbyt szybki, w dodatku jest złośliwy – gonię go dobrą chwilę, a kiedy już mam odpuścić, ten prowokacyjnie się zatrzymuje. Podejmuję kolejną próbę, znów nieudaną. A niech tam, dorwę go później. W międzyczasie zaczęło się ściemniać, trzeba pomyśleć nad jakimś ogniskiem. Ścinam drzewo i rozpalam ogień, ale gdy zapada zmrok, ten okazuje się przygasać. Szczęśliwie drugie drzewo rośnie w zasięgu mojego pola widzenia, zmniejszającego się z każdą minutą w wyniku coraz gęstszych ciemności. W brzuchu zaczyna mi burczeć, ale ostatnie jagody postanawiam zostawić na następny dzień.

starve2

Dzień drugi
Koniecznie potrzebuje pożywienia. Jakiegokolwiek. Konstruuje wnyki, które umieszczam w pobliżu króliczej nory. Nie wiem, ile czasu minie, zanim coś w nie wpadnie (albo czy w ogóle jakiś zwierzak się w nich znajdzie), muszę więc poszukać czegoś jeszcze. Ruszam przed siebie, dalej gromadząc rozmaite surowce. Jest kilka jagód i dwie marchewki. Nieźle, ale ciągle za mało, żebym mógł się poczuć komfortowo. Podczas wędrówki natrafiam na głaz, który rozbijam prowizorycznym kilofem. Wypadają z niego kamienie i saletra. Na tę chwilę nie są mi potrzebne, dlatego też kolejne dwa głazy mijam nie marnując na nie czasu. Jest południe, gdy natykam się na skaczącą wokół stawu ropuchę. Niepomny ostatniej klęski w walce z królikiem, atakuję ją. Ku mojemu zdziwieniu, płaz zamiast uciekać podejmuje ze mną walkę. Zadaje mi kilka drobnych ran, ale szybko pada pod naporem ciosów siekierki. Gratuluję sobie męstwa i podnoszę jedzenie, które zostawiła po sobie ropucha. Niewiele, ale lepsze niż nic. Z trawy plotę prowizoryczną zbroję, za sprawą której czuję się nieco bezpieczniej. Wkrótce zacznie się ściemniać. Ścinam kilka drzew i rozpalam ognisko. Zanim nastanie noc zbieram jeszcze wszystko, co się nawinie i nie jest zbyt daleko. Na jutro została mi ostatnia jagoda...

starve3

Dzień trzeci
Włączam mapę i rozważam, czy powinienem już wrócić do zastawionych wczoraj wnyk. Jeśli nic w nie nie wpadło, stracę czas, a droga ku nim jest już przeze mnie kompletnie ogołocona z czegokolwiek. Decyduje się nie ryzykować i zintensyfikować wysiłki w zdobyciu większej ilości żarcia. Mam zapas drewna, jeśli będzie trzeba spróbuję działać też w nocy, przy świetle pochodni. Po krótkim marszu trafiam do lasu – między drzewami znajdują się dwa przypominające szalet domki, wokół których krążą świnie. Wyglądają dość złowieszczo, poruszają się na dwóch nogach i są mojego wzrostu, ale zachęcony wczorajszym sukcesem w walce z ropuchą rzucam się na jedną z nich. Okazuje się, że to o wiele trudniejsi przeciwnicy – zwłaszcza, że gdy drugi wieprz dostrzegł, że walczę z jego pobratymcem, ruszył mu na odsiecz. Powalam jednego, naprędce zbieram to, co z niego wypadło i uciekam. Jeden, może dwa ciosy drugiej świni i byłoby po mnie, współczynnik mojego zdrowia jest na dramatycznie niskim poziomie. Cóż, przynajmniej mam jedze... Już po mnie. Z prosiaka wypadł ogonek, nienadający się do spożycia. Brodzę po lesie jak w malignie, znalezionymi co jakiś czas jagódkami zabijam głód, ale nie mam żadnych zapasów i jeśli szczęście przestanie mi dopisywać padnę z głodu. Wtem natrafiam na grób. Niezbyt miła niespodzianka, szczególnie biorąc pod uwagę, że jest na nim wypisane moje imię. W desperacji atakuję znajdujące się w pobliżu jajo i gdy wyskakują z niego trzy wściekłe pająki wiem, że to był najgorszy pomysł, na jaki mogłem wpaść. Z trudem udaje mi się zbiec. Przez całą noc krążę szukając jedzenia. Znajduje go akurat tyle, żeby przeżyć do następnego dnia.

starve5

Dzień czwarty
Wiem, że dziś nadejdzie kres. Halucynacje z niedożywienia i śmierć. Zaraz! To nie halucynacja, stoję na środku ogromnego pola, na którym pasie się kilkadziesiąt królików! Polowanie czas rozpocząć. Rozochocony szybkim sukcesem - pierwszą ofiarę udaje mi się dorwać błyskawicznie - gonię je praktycznie cały dzień. Efekt prawie żaden, bo bilans zdobyczy wynosi raptem trzy, co wcale mnie nie ratuje. W przypływie geniuszu odkrywam, że do wnyków nic samo nie wpada i że zależy do nich zagonić zwierzątka. Jest już jednak za późno, udaje mi się tylko z jednym królikiem, reszta wraz z nadejściem mroku chowa się do norek. No to po mnie. Kręcę się jeszcze bez nadziei, mijam stado jakichś ogromnych zwierząt przypominających mamuty (na samą myśl cieknie mi ślinka, ale wiem, że nie mam z nimi szans), przypadkiem wpadam do wormhole, skąd dochodzą niepokojące odgłosy, ale nie jestem w odpowiednim nastroju, żeby sprawdzić co je wydaje. Uciekam, jest środek nocy, nie znajdę tu już nic do jedzenia. Czując obecność czegoś dziwnego w pobliżu mnie rozpalam ognisko. Wskaźnik nasycenia jest już prawie równy zeru. Może jakoś dotrwam do rana – łudzę się. Nic z tego. Śmierć przychodzi znienacka.

Tak wyglądało moje pierwsze podejście do „Don't Starve”. Nie wiem, czy przeżycie czterech dni można uznać za sukces, ale byłem z siebie zadowolony. Szczególnie po drugiej próbie, która skończyła się jeszcze wcześniej, bo postanowiłem nie rozpalać ognia... Generalnie mam już za sobą kilka rozgrywek, mniej lub bardziej udanych, i za każdym razem bawiłem się przednio i odkrywałem coś nowego: miejsca, przedmioty, faunę i florę. Chętnie powrócę jeszcze niejednokrotnie do tego tytułu, bo mimo iż wolę, gdy gra ma fabułę i opowiada jakąś historię, „Don't Starve” jest szalenie wciągający i grywalny.