1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Książki
  4. Muzyka

Zniewalała głosem, zniewolona przez dragi. Wspominamy Amy Winehouse

Zniewalała głosem, zniewolona przez dragi. Wspominamy Amy Winehouse

Mówili o niej "Janis Joplin naszych czasów". Dziś mija druga rocznica śmierci Amy Winehouse, posiadaczki głosu który zdarza się raz, jak się zdaje, na ćwierć wieku.

Amy już od małolata była krnąbrnym dzieckiem. Szkoła nie interesowała jej kompletnie, co innego muzyka. W wieku kilku lat Amy miała już sprecyzowany plan: zostać sławną gwiazdą i dawać wielkie koncerty. Upór, talent i ambicja faktycznie doprowadziły ją do tego celu, choć za brak innych cech - przede wszystkim wstrzemięźliwości - przyszło jej zapłacić najwyższą cenę. 23 lipca 2011 r. Winehouse została znaleziona martwa w swoim londyńskim mieszkaniu. Przyczyną zgonu było zatrucie alkoholem (raporty wskazywały na 4 promile we krwi). Miała 27 lat. Jak Joplin.

I cheated myself
Like I knew I would
I told you, I was trouble
You know that I'm no good

Gdy w 2003 r. pojawił się debiutancki krążek "Frank", Amy oczarowała krytyków i publiczność niesamowitym soulowym wokalem. Jednak to wydany trzy lata później "Back to Black" wprowadził Winehouse do światowej czołówki. To były dźwięki z miejsca w połowie drogi między Nowym Jorkiem a Nowym Orleanem. Czegoś takiego nie wyprodukowano dotąd na Wyspach. Album wypakowany był hitami, które podbijały kolejne playlisty moich koleżanek i przy okazji rankingi popularności. Gdy pierwszy raz usłyszałem Rehab pomyślałem, że tematyką tekst przypomina mi kawałki... Dżemu. Bluesowe słowa, "czarny" wokal i jazzowe tło - ta eklektyczna mieszanka stworzyła wyśmienity koktail. Wysokoprocentowy.

Amy1


Po śmierci jej słodko-gorzkie kawałki grały nierzadko podczas nasiadówek czy deszczowych dni. Z poetyki wyrwał mnie chlust wody w twarz, który ujrzałem któregoś razu w księgarni. "Amy, moja córka", książka napisana przez ojca piosenkarki z daleka brzmiała dżinglem dzwoniącej kasy rodem z "Money" Pink Floydów.

I teraz muszę oddać honor Mitchowi Winehouse, bo "Amy, moja córka" to emocjonalne, może zbyt ekstrawertyczne, ale szczere uhonorowanie jedynej kobiety, którą kochał. Przede wszystkim książka powstała na podstawie dziennika, który Winehouse prowadził od wielu lat. Nie było więc żadnego skoku na kasę czy zlecenia przygotowania materiału "na wczoraj". Ojciec piosenkarki był z nią w każdym, nawet najtrudniejszym momencie. W swojej walce był bezsilny: jego oczko w głowie wbrew swoim dotychczasowym przekonaniom coraz bardziej popadało w uzależnienie od twardych dragów. Wszystko przez toksycznego partnera, z którym Amy związała się po premierze "Frank". Mitch to prosty facet, jak sam o sobie pisze, i książka też jest napisana prostym językiem. Osobiście zabrakło mi w niej nieco głębszych rozważań na temat córki, jej zachowań pod wpływem zmieniających się okoliczności. No ale w końcu ten dziennik pisał taryfiarz, a nie psychoterapeuta. O sobie też nie mówi zbyt wiele, a jestem ciekaw co powodowało u niego nieustanną chęć pomocy córce. Na jego miejscu nie wytrzymałbym tyle i dawno bym się od niej odwrócił.

Oj, trzeba uważać, by nie oceniać książki po okładce. Sam byłem o krok od niesprawiedliwej oceny, bo "Amy, moja córka" nie jest lepikiem na hajs, a formą autoterapii ojca, próbującego pozbierać się po śmierci bezkrytycznie uwielbianego dziecka.

Amy Winehouse przeszła do historii jako słaba osoba o wielkim głosie. Kolejna członkini "klubu 27". Oby kolejny TAKI głos był silniejszy niż ona.