1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Książki
  4. Muzyka

Gdyby Potter jeszcze śpiewał Lord Voldemort wykorkowałby wcześniej. Ebooki i soundtracki słynnej sagi

Gdyby Potter jeszcze śpiewał Lord Voldemort wykorkowałby wcześniej. Ebooki i soundtracki słynnej sagi

Jeśli nawet nie stałeś kiedyś przed północą pod księgarnią odziany w głupią pelerynę ściskając w spoconej dłoni kijek udający różdżkę to pewnie i tak zostałeś zainfekowany potteromanią. Tak z ręką na sercu, szczerze, kto nie ma w domu chociaż jednego tomu czarodziejskiej sagi? No właśnie. Wszyscy mają.

Prze całe lata Rowling broniła się przed publikacją cyklu w formie cyfrowej. Pierwsze wydanie pojawiło się dopiero rok temu, po tym gdy Potterowi urodziła się trójka dzieci i definitywnie skończył z przygodami. Autorka serii nigdy nie kryła swojej niechęci do cyfrowego Pottera a argument finansowy nie mógł przemówić do osoby, która już sześć lat temu zarobiła na papierowych wersjach książki ponad pół miliarda funtów i sprzedała grubo powyżej 300 milionów książek na całym świecie (aktualnie majątek autorki szacuje się już na ponad 700 milionów funtów).

Ostatecznie Rowling zaakceptowała e-książki, bo już nie było o co walczyć. Facet z błyskawicą na czole definitywnie załatwił Sami Wiecie Kogo i osiadł na prowincji, żeby pisać pamiętniki. Angielska wersja ebooka pojawiła się rok temu, niestety na oficjalne, polskie wydanie serii e-książek wciąż czekamy i szybko zerojedynkowego Pottera nie uświadczymy. Jeśli chodzi o elektronikę w języku Byrona, możliwości jest kilka a najbardziej oczywista to nieprzebrane zasoby Amazona, gdzie można kupić każdy tom serii i ściągnąć jeszcze gorące książki na Kindla.

Kolejna opcja to oficjalna strona J.K. Rowling, która powstała rok temu a przy jej budowie udział wzięło… japońskie Sony. Aktualnie, poza warzeniem eliksirów, ćwiczeniem zaklęć i pojedynkami czarodziejów, na stronie Pottermore można zakupić całą serię w jednym, zgrabnym pakiecie. Między nami mówiąc – drogo.

Oczywiście w sieci jest całe mrowie książek okołopotterowych. W tym takie cuda jak choćby „Przewodnik po Hogwarcie dla Mugoli”, „Harry Potter i okultyzm” albo niezwykle ważna dla światowej literatury pozycja pt. „Dojrzewanie Harry’ego Pottera”. Niestety powyższe i inne dzieła wciąż nie mają swoich odpowiedników cyfrowych i pewnie nieprędko je ujrzymy.

Aby jakoś wydobyć się żalu i smutku możemy za to Pottera posłuchać. Mowa oczywiście o muzyce z filmów. W okolicy znajdziecie wszystkie siedem soundtracków z filmów od Spotify oraz cyfrowe albumy do kupienia w Empiku i Merlinie. To paczka naprawdę monumentalnej muzyki chociaż w pełnej, siedmioalbumowej dawce, może ugotować mózg na twardo.

Przede wszystkim warto sięgnąć po pierwszy i najlepszy album z całego cyklu. Williams zawarł w tej muzyce ogromny ładunek emocjonalny, niemało magii ale przede wszystkim popisał się zaskakującą różnorodnością, której późniejszym kompozycjom zdecydowanie brakowało. Warto posłuchać choćby "Dialog Alley & The Gringotts Valut", czyli muzykę z "ulicy pokątnej" - w tle słychać tamburyny, fujarki, flety i inne instrumenty, które zazwyczaj dzieli przepaść ale u Williamsa z tego galimatiasu wyłania się prosta droga, którą biegniemy podskakując z radości. W moim osobistym rankingu jedno z pierwszych miejsc zajmuje również długa, ośmiominutowa walka dźwięków w "The Quiddith Match" - ostra, agresywna, dramatyczna i nieco mroczna ilustracja meczu Quiddicha. Człowiek słucha i zaczyna rozglądać się za Nimbusem 2000, żeby czym prędzej dołączyć do gry.

A po drugiej stronie? Najgorzej wypada wydany w 2005 roku soundtrack do "Harry'ego Pottera i Czary Ognia" za który odpowiedzialny jest Patrick Doyle. Utalentowany Szkot skomponował muzykę do wspaniałego "Donnie Brasco", czy "Życia Carlita", natomiast ostatnio współpracował przy "Cinderelli" a nieco wcześniej "Meridzie Walecznej" i "Jacku Ryanie". W Potterze niestety zupełnie się pogubił lepiąc tematy ociężałe, wyciosane z prostych, banalnych motywów bez grama tej magicznej lekkości, którą charakteryzowały aranżacje Williamsa (zresztą sam przyznał, że chciał się od nich odciąć).

Gwoździem do trumny tego albumu są trzy wątłe piosenki zaśpiewane przez Jarvisa Rockera. Nie pasują one właściwie do niczego, może co najwyżej do pijackich zaśpiewek, które można usłyszeć w okolicy najbliższej budki z piwem.

Pozostałe albumy plasują się gdzieś pomiędzy tymi przykładami więc właściwie nie jest źle a dla zatwardziałych motomaniaków to i tak miód na uszy i ambrozja. Mniej sfiksowani melomani też powinni znaleźć coś dla siebie bo chociaż John Williams najlepsze rzeczy komponował w latach 70. i 80. nadal pozostaje mistrzem. I to momentami słychać.