1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Książki
  4. Seriale

Bastion, czyli geniusz Stephena Kinga w pigułce

Bastion, czyli geniusz Stephena Kinga w pigułce

W przypadku filmowych/serialowych adaptacji książek Kinga, nie można spodziewać się wiele dobrego, najlepszym tego przykładem jest chociażby Under The Dome. Oczywiście jest parę wyjątków od tej reguły, a jednym z nich jest Bastion (ang. The Stand).

Gdy po raz pierwszy obejrzałem ten film jako dziecko (za legendarnych czasów RTL7), wystraszyłem się niemiłosiernie. Zapamiętałem wtedy trzy rzeczy, które oddają z grubsza klimat produkcji: mnóstwo trupów, pustkowia i szatan z żarzącymi się na czerwono ślepiami. W czasach, gdy królowała Gęsia Skórka i Czy Boisz Się Ciemności, Bastion potrafił dać o sobie znać w postaci niemiłych koszmarów. Mimo przykrych wspomnień, dziś umieściłbym ten serial w czołówce moich ulubionych, a jest ku temu kilka powodów.

Przede wszystkim fabuła. Po przypadkowym uwolnionieniu superwirusa grypy (nazwanego „Captain Trips”), który wyludnia prawie całe Stany Zjednoczone, pozostała przy życiu część obywateli dzieli się na dwa obozy. Jeden z nich, pod przewodnictwem Randalla Flagga vel Czarnego Pana (Jamey Sheridan), na swoją siedzibę wybiera (jakżeby inaczej) grzeszne Las Vegas, a drugi pełen ludzi o dobrych sercach, pod opieką 106 letniej Mateczki Abigail (Ruby Dee), udaje się do miasta Boulder w stanie Kolorado. Rozpoczyna się odwieczna walka dobra ze złem.

Biorąc pod uwagę makabryczny początek akcji oraz fakt, że King jest, bądź co bądź, pisarzem horrorów, można by logicznie oczekiwać, że Bastion będzie zawierał elementy gore, ale tak nie jest. Owszem tu i ówdzie porozrzucane są ludzkie ciała, ale mało wstrząsający to widok. Nie oznacza to jednak, że widzimy obraz rodem z krainy Troskliwych Misiów, wręcz przeciwnie. Z łatwością można wyczuć wszechobecny mroczny klimat. Opustoszałe miasta, autostrady i porzucone samochody robią wrażenie, tym bardziej że od powstania serialu minęło 19 lat. To nie to samo, co przepełnione CGI The Walking Dead. Tutaj widać, że wszystko jest prawdziwie i że produkcja kosztowała 28 milionów dolarów, co jak na tamte czasy było dosyć pokaźną sumą.

Za co bardzo cenię Bastion, to naprawdę dobrze napisany scenariusz. Jak wiadomo, nie da się zmieścić całej książki (ponad tysiąc stron) w trwający nawet sześć godzin seans. Zawsze ktoś ucierpi na cięciu fabuły (w tym wypadku najbardziej Larry Underwood), jednak scenarzyście (Stephen King) i reżyserowi (Mick Garris) udało się wyjść z tego zadania obronną ręką i straty są minimalne. Pochodzenie postaci zostało na tyle jasno i wystarczająco szczegółowo opowiedziane, że bohaterowie na długo zapadają w pamięci.

Szczególnie wysłany na misję samobójczą, upośledzony umysłowo Tom Cullen oraz Randall Flagg – czyli najlepszy z całej obsady Jamey Sheridan – który wzbudza grozę w każdej minucie w jakiej się pojawia, a trzeba przyznać, że trudne to zadanie, gdy wygląda się jak ojciec Miley Cyrus. Pozostałe warte uwagi kreacje, to przywódca „bożej drużyny” Stu Redman (Gary Sinise), nerd Harold (Corin Nemec) – zamieniony w serialu w chuderlaka, oblubienica Czarnego Pana, czyli Nadine Cross (Laura San Giacomo) oraz chory psychicznie Śmieciarz (Matt Frewer).

Poza tym co widzimy, warto również wytężyć słuch, ponieważ W.G. Snuffy Walden stworzył świetny soundtrack zanurzony w południowym bluesie i folku, idealnie pasujący do scenerii, w której rozgrywa się akcja każdego z odcinków. W ciągu wszystkich czterech epizodów usłyszeć można też popowy Crowded House, rockowy Blue Oyster Cult, ZZ Top oraz taneczne The Sylvers.

Jeżeli miałbym wybrać najlepszą adaptację powieści Kinga, bez mrugnięcia okiem wskazałbym na Lśnienie w wersji (tylko i wyłącznie) Kubricka, ale zaraz na drugim miejscu plasuje się Bastion – godna uwagi pozycja, zwłaszcza dla fanów Kinga i wszystkich znudzonych Under The Dome. Jak natraficie na wersję DVD, bierzcie w ciemno, a jak nie, to chociaż kupcie książkę albo komiks w wersji Marvela (dostępny na comixology), zaręczam że warto.