1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Firefly - pierwszy na liście niesłusznie zdjętych seriali

Firefly – pierwszy na liście niesłusznie zdjętych seriali

Możecie sobie mówić co chcecie - Firefly to najlepszy, najlepiej napisany, zagrany i przemyślany serial, jaki kiedykolwiek zaszczycił telewizory tego świata. I możecie się zachwycać różnymi seriami, jakie są lub były emitowane, ale prawda jest taka, że żadna dziełku Jossa Whedona nie dorasta do pięt.

Ok, mam nadzieję, że zyskałem teraz waszą uwagę, taki był plan - i bardzo proszę bez lamentów, że nie mam racji, że nie wiedziałem przecież wszystkich seriali i tak dalej. Tak serio to nie podejmę rzecz jasna się takiej oceny (bo i po co), natomiast pozwolę sobie w tym miejscu wyraźnie zaznaczyć, że jeśli jest serial, który zasługuje na sprawdzenie go i wrzucenie na listę produkcji do obejrzenia (nie oszukujmy się, każdy z nas taką ma) w pierwszej kolejności, to jest to właśnie Firefly. Serio, nie czytajcie dalej, idźcie skombinować sobie odcinki do oglądania, podziękujecie później.

No dobra, jeśli chcecie wiedzieć coś więcej, to już tłumaczę. Firefly to opus magnum Jossa Whedona, który wcześniej zasłynął m.in. świetnym serialem Buffy, a aktualnie zajmuje się np. kierowaniem filmowym uniwersum Marvela, włączając w to reżyserowanie Avengers oraz nadchodzącego powoli sequelu. Show zadebiutował w 2002 roku na antenie Fox i jego dosyć oryginalny charakter niespecjalnie przypadł wówczas widzom do gustu - niektórzy powiedzą, że publika zwyczajnie się na nim nie poznała, ale wg mnie produkcja ta po prostu wyprzedzała swoją epokę i idę o zakład, że dziś pewnie rozstawiałaby po kątach swoich konkurentów. Tak czy siak, stacja wyemitowała 11 odcinków z 14 wyprodukowanych i stwierdziła, że czas się żegnać - Firefly zostało zdjęte z anteny nawet mimo wielu ingerencji producentów w pracę Whedona.

firefly1

Jak to jednak zwykle bywa z przedwcześnie zdjętymi seriami (szczególnie tymi z motywami science-fiction), które są zwyczajnie zbyt oryginalne i odważne, by sobie spokojnie egzystować w ramówce (Star Trek, anyone? Futurama?), masowa publika zreflektowała się dopiero po czasie, jaki diamencik wypadł z programu TV. Płyty DVD z serialem zaczęły się wyprzedawać jak świeże bułeczki, fandom rósł w wielkim tempie i zaczął aktywnie działać, domagając się przywrócenia serialu. I tak domaga się do dziś - choć w międzyczasie Whedonowi przy współpracy z Universalem udało się nakręcić pełnometrażowy film, Serenity, który na szybko domknął napoczęte wątki.

I choć sam serial jest kapitalny, to co tu kryć - jednym z elementów jego legendy jest właśnie to niesławne anulowanie w momencie, gdzie całość zaczęła się tak naprawdę dopiero rozkręcać, nabierać kształtu i koloru. Perspektywa tego jak rozwinąć się mogą niektóre wątki albo co jeszcze w zanadrzu krył Whedon, do dziś mocno działa na wyobraźnię fanów i z jednej strony niewątpliwie wpływa na całą kultowość tego tytułu, a z drugiej... ile bym dał, żeby jednak to zobaczyć na własne oczy.

No dobra, znacie cały background, ale o czym jest sam serial? Ano, najkrócej jak tylko można - są to takie przygody Hana Solo w kosmosie. Coś w rodzaju połączenia space opery z westernem, science-fiction, przygody, komedii i dramatu w jednym - innymi słowy oryginalna i pokryta rdzą oraz kurzem wizja przyszłości, gdzie dominującą siłą jest Przymierze trzymające łapę na wszystkim, na czym warto trzymać łapę, stworzone na kanwie cywilizacji amerykańsko-chińskiej, natomiast na obrzeżach znanej galaktyki rozciąga się szara strefa, raj dla złodziejaszków, przemytników i innych przestępców.

firefly2

I właśnie jednym z takich wyjętych spod prawa cwaniaczków jest kapitan Malcolm Reynolds, niegdyś walczący w przegranej wojnie przeciwko Przymierzu, a dziś szukający swojego miejsca w tym całym bałaganie. Tak się złożyło, że na swoim statku, klasy Firefly, schronienie znalazło kilkoro podobnych indywiduów, tworzących wyjątkowo barwną i ciekawą załogę - ale pozwólcie, że nie będę opisywał każdego z bohaterów osobno - lepiej poznajcie ich sami.

Whedon zresztą po mistrzowsku kreuje te postacie - w momencie gdy ich poznajemy, jawią się jak stereotypowe do bólu archetypy, jednak z każdym kolejnym odcinkiem poznajemy ich coraz lepiej, widzimy w akcji, słuchamy tego, co mają do powiedzenia, poznajemy ich historię - i tym samym zaczynają wyłamywać się z ram, jakie na początku sami im narzuciliśmy. Genialna sprawa, tym bardziej, że cały setting sprzyja temu, by zdecydowanie porzucić tu jakiekolwiek próby szufladkowania bohaterów, którzy maja przecież w tym kotle interesów i układów rozmaite cele czy metody działania.

Udało się też Whedonowi takim ciekawym uniwersum obejść problemy budżetowe - jako, że większość akcji dzieje się poza sercem cywilizacji, zwiedzamy głównie planety i księżyce będące faktycznymi odpowiednikami znanego nam Dzikiego Zachodu - nieskolonizowane w całości, pełne różnych szumowin i zabudowane głównie drewnianymi, sypiącymi się ruderami. Lokacje wyglądają więc znajomo, a jednocześnie elementy science-fiction dodają temu oryginalności i zwyczajnie urozmaicają wszystkie te westernowe motywy. Co więcej, w świecie Firefly nie spotkamy kosmitów, natomiast do bardziej cywilizowanych rejonów bohaterowie będą się zapuszczać od święta i niechętnie - dzięki czemu prężnie się rozwijająca cywilizacja faktycznie zrobi na was wrażenie w kontraście do zwyczajowej nędzy egzystencji kosmicznych przemytników.

firefly3

Nie rozwlekając tego tekstu za bardzo (serio, uciekajcie oglądać, już), chciałbym jeszcze raz podkreślić - nieznajomość Firefly to grzech i nie obchodzi mnie, czy oglądacie seriale, czy nie i czy lubicie takie klimaty, czy niekoniecznie. To tylko 14 odcinków (plus obligatoryjny film pełnometrażowy), więc nawet się nie zastanawiajcie. Z drugiej strony, jeśli uważacie oglądanie serialu, który doczekał się tylko jednego sezonu za stratę czasu - to radze wam zrewidować poglądy, bowiem te 14 odcinków zdecydowanie wystarczy, by się zakochać w tej produkcji, w jej bohaterach i w tym świecie. A potem zostać ze złamanym sercem.