1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Kolaboracje o których nie śnili i nie marzyli najstarsi górale i filozofowie

Kolaboracje o których nie śnili i nie marzyli najstarsi górale i filozofowie

Kiedy w 1996 roku książę ciemności Nick Cave zaprosił na swój album słodką, śliczną Kylie Minogue by zaśpiewała z nim "Where The Wild Roses Grow" świat muzyki zamarł na moment. I od tamtej pory zobaczyliśmy jeszcze bardziej niespodziewane duety artystów z różnych półek, jak. np Rihanna na albumie Coldplay, czy Lady GaGa na jednej scenie z The Rolling Stones. A takich cudacznych kolaboracji świat muzyki ujrzał jeszcze więcej. Zebrałem tu dla was te najciekawsze, plus te o których powstaniu w życiu byście nie pomyśleli.

Kiedy DJ Tiësto w 2009 roku wydał album "Kaleidoscope" zaszokował wielu przede wszystkim doborem artystów jaki zgromadził na krążku. Zaśpiewali tam m.in. Dizzee Rascal, Emily Haines z Metric, Kele Okereke z Bloc Party, Tegan & Sara, Nelly Furtado, a jeden utwór powstał w współpracy z Calvinem Harrisem (czyli teoretycznie konkurentem Tiësto). Niezły rozrzut stylistyczny, nie? Jednak najbardziej zadziwiający gość na tym albumie pojawił się w utworze tytułowym - był to sam Jón Þór Birgisson, czyli Jónsi z  islandzkiego post-rockowego Sigur Rós. Mi po przesłuchaniu ich wspólnego "Kaleidoscope" opadła szczęka.

Małżeństwa muzyczne nagrywające wspólne duety - normalka. O ile mnie pamięć nie myli, to w tym wypadku jeszcze małżeństwa nie było. Nastało ono trochę później, a potem po jakimś miesiącu zaniesiono do sądu pierwsze dokumenty rozwodowe. Szkoda, bo z małżeństwa jednego z najbardziej wyrazistych muzyków świata (zarówno wizerunkowo jak i muzycznie), i burleskowej striptizerki mogło przynieść znacznie więcej genialnej muzyki. Zgadliście już o kim mówię? Dita Von Teese w 2003 zaśpiewała gościnnie na piątym albumie Marilyna Mansona. A zaśpiewała że "pieprzy się z nim dla sławy i pieniędzy".

Tym razem kategoria "ciekawostka". Eros Ramazzotti, mimo dobiegającej do niego pięćdziesiątki, ma się lepiej niż dobrze i wciąż uwodzi swoim głosem. Mało tego, dalej nagrywa i koncertuje. Ostatni jego album "Noi" ukazał się w zeszłym roku, i zaprosił na niego do jednego utworu piękną w urodzie i głosie Nicole Scherzinger. Dziwnie się natomiast słyszy w jednym utworze Erosa po włosku, a zaraz po nim Nicole po angielsku.

Początkująca, nieźle aspirująca gwiazda pop na swój drugi album zaprasza legendę rocka, i powstaje z tego najbardziej niedoceniana perełka z jej dokonań. Brzmi jak scenariusz muzycznego "Kopciuszka"? Skąd! Historia z kariery P!nk. Na jej wypełnionym hitami "M!sundaztood" (z tego krążka mamy m.in. jej nieśmiertelne "Just Like a Pill", "Family Portait", czy "Get The Party Started") jest największe dokonanie artystyczne z całej kariery. W utworze "Misery" zaśpiewał sam Steven Tyler z Areosmith. "Misery" doczekało się też ich wspólnego wykonania na żywo. Czy wy też macie wrażenie że P!nk się marnuje w muzyce, której wykonuje?

Pamiętacie te czasy kiedy hasło "wyprodukował Timbaland" było dosłownie wszędzie? No właśnie, mnie też to po jakimś czasie doprowadzało do wrzenia, bo ilekroć słyszało się w radiu bez przerwy niemal te same charakterystyczne bity i produkcje, to zaczęło to cholernie nudzić. Kiedy w 2007 na fali sukcesów wydał swój autorski "Shock Value", też zanudził, bo nie było na tym krążku nic ciekawego. Poza niektórymi duetami. Na albumie oprócz takich oczywistości jak Nelly Furtado, Justin Timberlake, 50 Cent czy Missy Elliot słyszymy tam również takie ciekawości jak She Wants Revenge, The Hives czy Fall Out Boy. Ale najlepsze zostało na samym końcu. Panie i panowie, Timbaland i Sir. Elton John.

Na naszym rodzimym podwórku też nie brak duetów z kategorii "O cholera, oni razem w jednym utworze? No way!". Nikogo już raczej nie zaskakuje Brodka z Nosowską czy też happysad z Grabażem. Ale jestem bardziej niż pewien że niejednemu metalowi i fanowi poezji śpiewanej oczy przybrały rozmiar kołpaków samochodowych, gdy usłyszał na albumie Czesława Mozila najpierw jego spokojny głos przy akompaniamencie pianina i smyczków... a potem nagle wydzierającego ryj Nergala.

Wracamy do Ameryki. Poniższy duet jest dla mnie niewątpliwie największym zaskoczeniem zeszłego roku. Denna, na siłę szokująca, pozująca na wieczną imprezowiczkę 26-letnia Ke$ha nagrywa na swój drugi album utwór... z Iggy'm Popem! Niby nie powinienem się dziwić, bo Ke$ha zdążyła już wcześniej zaśpiewać z samym Alice Cooperem. Tam jednak legenda rocka zaprosiła początkująca piosenkarkę. Tu mamy odwrotną sytuację. Zastanawiam się jakich argumentów Ke$ha użyła żeby przekonać Iggy'ego do wspólnego nagrania?

A na deser zostawiłem dla was największy whatthefuck w kategorii "kolaboracje": Luciano Pavarotti i Spice Girls. Czy trzeba tu jakiegokolwiek komentarza?