1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Goo Goo Dolls i najnudniejsza muzyka świata

Goo Goo Dolls i najnudniejsza muzyka świata

Na pewno kojarzycie, albo przynajmniej obiło wam się o uszy określenie adult contemporary. Nie chcę was tu zanudzać teoretycznymi formułkami, bo niczemu to nie służy, ale ogóle mowa tu o pewnym nie tyle gatunku muzycznym, co wygodnym określeniu, klasyfikującym specyficzny rodzaj muzyki.

W teorii, adult contemporary obejmuje muzykę przeznaczoną (bądź po prostu nadającą się) dla tzw. “dorosłego/dojrzałego słuchacza”, czyli odbiorcy w wieku od około 30 do około 50 lat, oczekującego od muzyki, że będzie przystępna, nieagresywna i “bezpieczna”, podążając za parafrazowanym mottem z Rejsu, że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy. I jak to zwykle bywa, ramy takiej klasyfikacji są na tyle luźne i zależne od punktu widzenia, że w zasadzie można tak otagować praktycznie każdego wykonawcę, który nie uchodzi za odważnego, awangardowego eksperymentatora.

W praktyce jednak, adult contemporary to aktualnie po prostu wszyscy ci maksymalnie nudni wykonawcy, grający możliwie jak najbardziej bezbarwną, bezpieczną i pozbawioną charakteru muzykę, o której ciężko w ogóle cokolwiek powiedzieć. Wszystkie te identyczne kapele rockowe, pełne równo przystrzyżonych podtatusiałych muzyków, którzy grają ten sam kawałek w kółko, korzystając ze stałego zestawu riffów. Wszyscy ci usypiający na amen biali chłopcy brzdąkający na gitarze, ubarwiając tym samym swoje monotonne jęczenie, kiedy indziej nazywane też piosenkami o miłości. I tak dalej, od Briana Adamsa po Jasona Mraza, od Nickelback po Michaela Buble. Ba, nawet łatwo znaleźć grupkę wykonawców o podobnej charakterystyce, dla której targetem są młodsi odbiorcy, ale najwyraźniej o potrzebach identycznych jak ich rodzice - a wyliczankę można zacząć od Hot Chelle Rae, a zakończyć na The Band Perry.

I mając odhaczone to przydługie wprowadzenie, możemy wreszcie przejść do gwiazd wieczoru, grupy he Goo Goo Dolls. Ta powstała w 1986 roku jako studencki zespół Sex Maggots (wow!), ale szybko zmieniła szyld i stopniowo wygładzała nie tylko swój image, ale i brzmienie. Ich największym sukcesem jest to, że jeszcze istnieją, choć Goo Goo Dolls mają na swoim koncie jeden wielki przebój, utwór Iris - wyjątkowo łzawy i rzewny usypiacz, który popularność zawdzięcza wykorzystaniu w filmie Miasto Aniołów. To był rzecz jasna szczyt popularności tej ekipy, a przy okazji też moment, gdzie tak jak Aerosmth czy Bon Jovi, na stałe przeniosła się ze swojej niszy do mainstreamu, wygładzając brzmienie i zamieniając w jedną z setek identycznych grup otagowanych jako adult contemporary.

Od tamtej pory minęło jednak 14 lat, panowie wydawali nową muzykę, pokusili się nawet o składankę z największymi przebojami (tak, udało się im uzbierać kilka kawałków na tę płytkę), a w tym roku dostaliśmy najnowszy, świeży krążek, który ma znowu sprawić, że przypomnimy sobie nazwę Goo Goo Dolls. O ile wam ten fenomen nie umknął wcześniej.

Problem w tym, że ni cholery nie wiem, co o tej płycie napisać. Nie dlatego, że jej nie słuchałem - trzymałem się dzielne, przesłuchają Magetic od deski do deski, raz po raz. I nic. Pustka. Panowie nagrali jakimś cudem krążek po prostu definiujący adult contemporary, stanowiący dokładną definicję tej etykietki. W zasadzie wręcz brzmi to wszystko jak parodia całej konwencji - kawałki na płycie są bowiem tak nudne, nijakie i pozbawione charakteru, ze aż przezroczyste.

Jest wielu wykonawców, których lubię i potrafię powiedzieć dlaczego - mniej lub bardziej konkretnie. Znam też całą masę zespołów i artystów, których nie trawię i zazwyczaj również mam ku temu powody - oczywiście całkiem subiektywne, a niekiedy pewnie nawet niesprawiedliwe dla owych wykonawców - ale to już mój problem. Rzecz jednak w tym, że owi wykonawcy, za którymi nie przepadam, są JACYŚ, jakaś konkretna ich cecha, element ich twórczości, cokolwiek, na tyle rzuca mi się w oczy (i uszy), że potrafię odnieść to do swojego gustu i zdecydować, czy to kupuję, czy nie.

W przypadku Goo Goo Dolls (i setek podobnych grup) nie potrafię nawet powiedzieć, co mi się konkretnie nie podoba. No bo jak, jeśli nic tutaj nie wyróżnia się w jakikolwiek sposób? Magentic to po prostu esencja przeciętniactwa i braku jakiejkolwiek muzycznej kreatywności, w zasadzie zaprzeczenie muzyki rozumianej jako forma działalności twórczej. Paradoksalnie, taka przeciętna pod każdy względem muzyka to coś jeszcze gorszego niż to, co robią artyści powszechnie uznawani za złych. Taki will.I.am przynajmniej tworząc te swoje koszmarki dokonuje jakichś wyborów, próbuje różnych rzeczy, kombinuje z brzmieniem i tak dalej. Fakt, że zwykle efekt jest fatalny - ale hej, przynajmniej próbuje. Podobnie Muse (tak, wiem, wielu z Was ich lubi) czy The Strokes, którzy np. nagrywają od jakiegoś czasu coraz bardziej żenujące krążki, ale cóż, przynajmniej COKOLWIEK można o tych płytach powiedzieć. Z kolei wielu sztandarowych wykonawców nurtu adult contemporary stała się jak cyborgi, wypuszczający to samo w kółko i w kółko, bo tego właśnie oczekują ich odbiorcy. I dlatego taki Niecklback jest najgorszym zespołem na świecie - bo to, ze grają fatalną muzykę to swoją drogą, ale co gorsza, są oni jednocześnie taką apoteozą przeciętniactwa i braku jakiejkolwiek kreatywności. A Goo Goo Dolls stoją od nich aktualnie całkiem niedaleko.

Kończąc mój wywód, chciałbym tylko zaznaczyć, że jasne, mógłbym o muzyce na Magnetic napisać cokolwiek - a to, że brzmi trochę jakby “młodziej” (nie, w muzyków nie wstąpiła młodzieńcza energia, po prostu wygładzili swoje brzmienie do tego poziomu, że mogą śmiało konkurować z np. One Night Only), a to, że singla Rebel Beat jeszcze da się jako tako słuchać bez ziewania (choć nie ma szans, bym go zanucił z pamięci), i tak dalej... ale po prostu nie chcę. Świadomie i z premedytacją. Ta płyta nie zasługuje na to, by o niej pisać. Szkoda waszego czasu, omijajcie z daleka.