1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Kula w łeb, ale nie powala

Kula w łeb, ale nie powala

”Kula w łeb” jest (kolejną) próbą powrotu do radosnego kina akcji lat osiemdziesiątych. Ale niestety - sam Sylvester Stallone nie był w stanie podciągnąć filmu.

Wydaje się, że sukces napełnionych nostalgią do kina akcji Niezniszczalnych zrodził więcej powrotów, niż można było się spodziewać. Niedawno mieliśmy okazję obserwować powrót na scenę Arnolda Schwarzeneggera. Tym razem na VOD.pl możemy oglądać Sylvestra Stallone w filmie, który wraca do jeszcze wcześniejszego okresu. I reżyser to nie byle kto, bo to sam Walter Hill, odpowiedzialny za takie legendy lat osiemdziesiątych jak Wojownicy czy 48 godzin. Czego więcej trzeba do absolutnej uczty dla każdego fana intensywnego kina akcji dawnych lat?

Niestety, lata osiemdziesiąte dawno minęły. Niezniszczalni, czy nawet Likwidator - ciepłe powitanie wcale nie zawdzięczają autentycznemu, w pełni szczeremu powrotowi do dawnych klisz, ale swobodnemu bawieniu się starymi motywami, bohaterami i typami historii. Kula w łeb to film, który traktuje się w całkiem poważnie, nie pozwalając nawet na nutkę ironii czy dowcipu. To wielki powrót dawnego kina, ale niestety jego wady - które wtedy zdawały się dopuszczalne - dzisiaj biją po oczach i psują ostateczną ocenę

Stallone gra długoletniego płatnego zabójcę, Jimmy’ego Bobo (tak, to jego nazwisko), który nienawidzi policjantów (o czym przypomina co 10 sekund i co jest jego główną charakterystyką). Ale w wyniku intrygi, w której jego partner zostaje zabity przez naprawdę umięśnionego i złowieszczego gościa z kucem (zgadnij z kim Sly będzie się tłuc po mordzie w ostatniej scenie), musi teraz dotrzeć do sprawców i dokonać zemsty. Wkrótce, jego drogi zetkną się z Taylorem Kwon - samotnym detektywem próbującym rozwiązać sprawę sam, pomimo monstrualnej korupcji policji. Z jakiegoś powodu, ostatnio takie filmy po prostu potrzebują takiego młodszego, irytującego partnera. I uwolniony z jakiejkolwiek charyzmy czy talentu aktorskiego, Sung Kang wypełnia tutaj ten banał.

kulawleb2

Sam Stallone może jeszcze dostarczyć sporo rozrywki. Wbrew popularnej opinii, to wciąż bardzo utalentowany aktor i filmowiec, który potrafi przyciągnąć uwagę widza. Niestety, po za kilkoma chwilami, nie ma tutaj nic ciekawego do powiedzenia czy zrobienia. Struktura scenariusza jest okropnie wtórna i męcząca - Jim Bobo najpierw kogoś przesłuchuje, Taylor Kwon robi uwagę dotyczącą tego że - niespodzianka! - to niezgodne z prawem, potem idą do następnej osoby i tak w koło Macieju. Czynność powtórzona kilka razy w te i wewte, aż nie docieramy do ostatniego pojedynku na... siekiery. Finał też przychodzi jakby znikąd i jest możliwy tylko dzięki deus ex machina, w postaci porwania.

Jedyne, co jest naprawdę dobre w tym filmie - to sceny akcji. Są bardzo dynamiczne, dobrze ustawione, a praca kaskaderów imponująca. W kilku miejscach widać dość silny montaż, ale i tak jest go mniej niż w wielu współczesnych hitach, co tylko wzmaga skojarzenia z kinem lat osiemdziesiątych. Niestety, i tutaj jest kilka dosyć dużych wad - o kilka razy za dużo użyto kilku dość ogranych tricków - takich jak bohater będący cudownie uratowanym w ostatniej chwili przez kulę z pistoletu partnera, który akurat stał tuż za kadrem. Ale okropny, traktujący się z przesadną powagą scenariusz robi z tego wszystkiego tak ciężką do strawienia papkę, że nie da się dobrze bawić przy radosnym huku strzałów i eksplozji. Z kolei biedna charakteryzacja bohaterów i ogromna przewidywalność wydarzeń uniemożliwiają zaangażowanie się w rezultat walk.

Kula w łeb miała być sentymentalną podróżą do pierwszych filmów akcji z Sylvestrem w roli głównej. Ale to nie jest żaden pastisz, parodia, czy po prostu autoironiczna zgrywa z dawnych lat. To film, wydany w 2013 roku, który z całych sił udaje jakbyśmy wciąż mieli środek lat osiemdziesiątych. Ale - jeśli jesteś fanem Stallone’a, z ulgą donoszę, że wciąż jest w dobrej formie. Film dostępny na VOD.pl

A, i jeśli jest coś, co jeszcze może Cię przekonać - na chwilę pojawia się Weronika Rosati, żeby pokazać piersi. Po prostu pomyślałem, że tak przy okazji o tym wspomnę.