1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Sigur Rós nadciąga z nowym albumem. Kto chce posłuchać falsetu Birgissona?

Po sześciu studyjnych albumach każdy fan melodyjnego rocka wie, czy chce podążać drogą wyznaczoną przez islandzki band. To muzyka rozmarzona, melancholijna i nastrojowa. Wrota do innego świata zwanego Sigur Rós. Właśnie otworzyły się po raz kolejny za sprawą nowej płyty zatytułowanej "Kveikur".

Sigur Rós nadciąga z nowym albumem. Kto chce posłuchać falsetu Birgissona?

Od lata padają głosy, że trójka Islandczyków konstruuje muzykę pretensjonalną, powtarzalną i niestrawną ale niemal każdy, kto miał okazję zetknąć się ich twórczością potrafi przyznać, że formacja miała również momenty glorii i chwały.

Ostatnia płytka "Valtari", której dosłowne tłumaczenie brzmi "walec drogowy" okazała się za ciężka i powolna jak jej nietrafiona nazwa, chociaż i ona miała przecież licznych, zadowolonych słuchaczy (na Billboard 200 osiągnęła najwyższą lokatę z wszystkich dotychczasowych krążków grupy, tj. siódme miejsce). Może nie tyle zwolenników co album „Ágætis byrjun”, czy słynne nawiasy "( )" - longplay wydany ponad dekadę temu i wciąż mocny punkt stylu Sigur Rós, ale przecież wciąż były to setki tysięcy wyznawców.

Coś jest w tych dzwonkach, smyczkach wiolonczelowych drażniących struny gitary elektrycznej i falsecie Jón Þór Birgissona. Świadczy o tym fakt, że wszystkie płyty pokrywały się platyną lub złotem i niemal zawsze gościły na stosunkowo wysokich miejscach światowych list przebojów (co ciekawe, najlepsze lokaty Islandczycy uzyskiwali u Włochów i Norwegów, chyba najbardziej skrajnych pod względem temperamentu i środowiska nacji).

"Kveikur" działa na zmysły?

Najnowszy album miał swoją zapowiedź jeszcze pod koniec marca, kiedy pojawiła się cyfrowa EPka zatytułowana "Brennisteinn", czyli "siarka". Ten kawałek znajduje się na pierwszy miejscu nowego albumu i początkowo brzmi jak przypadkowe zakłócenia w eterze, a dopiero po chwili rozwija się w swoim powolnym tempie. To katedralny nastrój, ciężkie zgrzyty i miękki głos Birgissona, bez którego ten utwór byłby jak drapanie paznokciem po szkle. Najciekawsze jest to, że dopiero w drugiej części nabiera werwy, emocji i głębi, a głos wokalisty wydaje się przedzierać przez eter i lodową zawieruchę. Ten klimat odpowiada zresztą również kolejnym kompozycjom, utrwalonym w takich nazwach jak "Hrafntinna" (Obsydian), "Isjaki" (Góra lodowa), czy "Stormur" (Burza).

Nawet jeśli krytycy znowu będą załamywać ręce i biadolić nad monotonnością Sigur Rós, brakiem świeżych akcentów i odcinaniem kuponów od hitów sprzed lat, nie zamierzam dołączać się do tego niechętnego Islandczykom chóru. Bardziej interesuje mnie, czy kiedy odpalam ten krążek, rzeczywiście czuję jakbym znalazł się w centrum burzy lub na grani lodowej iglicy. Czy te dźwięki na przemian koją i szarpią zmysły, zmuszają do skupienia się na muzyce i pozwalają oderwać od rzeczywistości. "Kveikur" tak właśnie działa. I tylko to jest ważne.

Za kilka dni, dokładnie 25 czerwca 2013 r., Sigur Rós wystąpi w warszawskim Amfiteatrze w Parku Sowińskiego. Warto tam być, bo na pewno okazja nie powtórzy się szybko.