1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Książki

Jeż Jerzy nie dla dzieci, czyli bluzgi, seks i wóda - na wesoło

Jeż Jerzy nie dla dzieci, czyli bluzgi, seks i wóda – na wesoło

Zanim Jeż Jerzy trafił na duży ekran i pokazał kolce, niemal przez dwie dekady przemykał pomiędzy kultowym magazynem „Ślizg” i albumami komiksowymi. Ten kolczasty zwierzak z gołą dupą zauroczył niegdyś odbiorców bezstresowym podejściem do życia i bezkompromisową postawą wobec „dresów”, skinów i innych patologii. Teraz powrócił, cyfrowo, z przytupem i na ostro. Witamy Jeża Jerzego.

Co najciekawsze początek drogi Jerzego to również papierowy magazyn dla dzieci, niezapomniany „Świerszczyk”, bo kiedyś popularny "jeżyk" był nie tylko menelem i rozrabiaką ale też przyjacielem przedszkolaków. To jednak dawne czasy. „Jeż Jerzy nie dla dzieci” – to zeszyt zawierający najlepsze, starsze przygody kolczastego jegomościa, które z racji natłoku wulgaryzmów i brutalności nie nadają się dla dzieciaków. Z drugiej strony, gdyby Jerzy usłyszał wiązankę małolatów z gimnazjum, pewnie by mu kolce wypadły z wrażenia. Okej, co na pokładzie?

Jeż_Jerzy_2

Szybciutko trzeba przypomnieć, że krótkie, zazwyczaj jednostronicowe historie Rafała Skarżyckiego i Tomasza Leśniaka zostały namalowane jeszcze na początku wieku, w okolicach 2002 roku, kiedy Jeż po raz pierwszy trafił do szerszej publiczności w innej formie niż historyjki w czasopismach. Albumy komiksowe z miejsca zyskały niemało fanów, głównie tych, którzy znali kolczastego funfla ze "Ślizgu". Potem poszło szybko: sława, pieniądze, kobiety.

Ostatecznie historia zatoczyła koło i tamte niegdysiejsze hity, najlepsze shorty, zostały zebrane i wydane ponownie na początku 2011 roku, aby ładnie skomponować się z filmem pełnometrażowym, który trafił do multipleksów. Obraz kinowy był wierną kalką historii rysunkowych, co musiało spowodować polaryzację ocen widzów, bo albo Jeż Jerzy bawił i rozweselał jak siedemdziesięcioprocentowy spirytus albo budzi niesmak. Innej opcji nie było i nie ma, co jest o tyle dobre, że wśród widzów i odbiorców ze świeczką szukać osób niezdecydowanych i niepewnych swojego zdania. Krótka piłka. Albo żarty o El Dresso, księdzu-egzorcyście i dwóch skinach z Młodzieży Wszechpolskiej bawią albo odbiorca odwraca się i puszcza efektownego pawia.

Jeszcze jedno, napisane ponad dekadę temu historyjki nawiązują często do aktualnych wówczas wydarzeń, dlatego nie każdy dziś będzie się śmiał z żartów o Disco Relax, czy przygodach Jerzego na komisji poborowej (kiedyś WKU to był wyrok, przed którym trzeba było bronić się rękami i nogami, teraz to wizja ciekawego życia i solidnego zawodu żołnierza). „Jeż Jerzy” nie walczy w obronie mrocznego Gotham City, nie ratuje świata ubrany w niebieskie portki i czerwoną pelerynę. Jerzyk po prostu jeździ na deskorolce, lubi walnąć browara, przytulić jakąś laskę i jeśli trzeba, palnąć w mordę łysych przedstawicieli niektórych subkultur.

Przy okazji naigrywa się i śmieje z przywar Polaków, których twórcy komiksy wywlekli niemałą ilość. To nasz rodzimy bohater, siermiężny i dziwaczny, ale zarazem swojski jak pulsujący neon nad sklepem całodobowym obleganym przez chwiejących się klientów o 2 w nocy. Jeśli ktoś chce się przejrzeć w krzywym zwierciadle i przy okazji trochę pośmiać, warto spotkać Jeża Jerzego.