1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Cyfrowe Nowości Muzyczne: Elektronika ciągle na topie

Gdy pogoda z oknem nie dopisuje, nie pozostaje  nic innego jak nałożyć słuchawki na uszy i zatopić się w dźwiękach cyfrowych syntezatorów. 

Cyfrowe Nowości Muzyczne: Elektronika ciągle na topie

Każdy ma swój sposób na odreagowanie deszczowej  pogody, niektórzy chwytają książki, inni pady konsolowe, a ja proponuję wam położyć się na łóżku i włączyć odtwarzać. To co mam do zaoferowania na pewno uprzyjemni czas spędzony w domu czy w pracy. Zacznę, więc od samego szczytu, dla mnie mount everest maja 2013 roku. Baths i nowy album Obsidian. Worsening, pierwszy utwór na płycie, czasami już w tym miejscu niektóre LP powodują chęć zatrzymania odtwarzania i powrotu do rzeczywistości. A tutaj? Pierwsze sekundy nastrajają melancholicznie, uspokajają skąpym rytmem,  gdy już zaczynam myśleć, że tak będzie przez ponad 4 minuty, nadchodzi 45 sekunda i… wow. Wchodzi szybki beat, miekkie  falsetowe wokale w tle i gitara, a wszystko to skąpane w przyjemnym pogłosie. Już jest dobrze, a to nie jest najlepsza część tego  co oferuje nam Obsidian. Następny w kolejności Miasma Sky wznosi poprzeczkę jeszcze wyżej. Widzimy zwiastun tego jak ten album jest pesymistyczny i mroczny. Przez całą piosenkę przewijają się dwa wersy:

Tall rock shelf, are you maybe here to help me hurt myself?
Miasma Sky would you swallow me alive?
  

Miasma Sky już spokojnie mogę oznaczyć gwiazdką w spotify, będę do niego na pewno często wracać. Na tle całej płyty zdecydowanie wyróżnia się Earth Death, jeżeli to do tej pory klimat był mroczny, ale melancholijny to tutaj, gdyby dodać mocniejszy wokal i ostre gitarowe riffy mielibyśmy do czynienia z doom metalem, bardzo miła odmiana na sam koniec płyty. Obsidian to bardzo osobisty krążek, momentami bardzo, baaardzo osobisty. Will Wiesenfeld otwiera się przed nami jak prażony popcorn, najlepiej obrazuje to zwrotka Incompatible, w której Will śpiewa o dzieleniu ze swoim chłopakiem deski klozetowej oraz jaki to z niego nieczuły partner, liczący tylko na seks. Obrazowość tego krążka jest urzekająca!  Ostatnie takty to Inter, tu zastajemy już tylko wokalizę, może to i lepiej, zbyt dużo tych homoseksualnych obrazów jak na jeden album.

W przypadku Chvrches można powiedzieć, że longplaye są przereklamowane. Po co komu cały album z jednym, może dwoma przebojami, jak cała reszta utworów nie zostanie na długo w głowach i służy tylko zapchania tych 40 min krążka? Lepiej wydać EPkę, a najlepiej to w ogóle singiel. No i tak Chvrches czynią, najpierw świetna EPka Recover wydana w marcu tego roku, a teraz genialny singiel Gun. Nie mogło być inaczej, z taką słodką, szkocką wokalistką jak Lauren Mayberry musiało się udać. Gun brzmi bardzo orzeźwiająco i melodyjnie, z prostym tekstem i bardzo przyjemnym dziewczęcym wokalem Lauren. Sample i rytm rodem z lat 80-tych, jak dla mnie wakacyjny przebój, może nie w Polsce, ale na Wyspach Brytyjskich, kto wie.

Pamiętacie lato 2009 roku? Jeżeli nie, to pozwólcie mi podpowiedzieć: Empire Of The Sun – We Are The People, Black Eyed Peas – I Gotta Feeling, Beyoncé – Sweet Dreams oraz Little Boots - Remedy. Od ostatniej płyty minęły, więc cztery lata, po takim czasie apetyt bardzo rośnie. I oto 3 maja 2013 roku ukazał się najnowszy album Nocturnes. Po kilkunastu przesłuchaniach tego wydawnictwa, jestem całkowicie pewien – drugi album Little Boots jest dużo lepszy od poprzednika. Dopiero przy tym krążku czuję powiew lat 80-tych, w przeciwieństwie do Hands, który (nielicząc Remedy) był co najmniej rozczarowujący. Nocturnes jest bardziej dance’owy, spójny, trzyma ten sam wysoki poziom od początku do końca. Zaczynając od przebojowego Motorway, a kończąc na madonno - brzmiącym Satelite. Swoją drogą myślę, że porównanie do Madonny, czy Kylie Minogue jest tutaj bardzo na miejscu. W zasadzie, gdyby mi ktoś puścił wersję instrumentalną tego albumu, pomyślałbym, że Kylie wypuściła nowego longplay’a. Nic tylko gratulować pannie Victorii Hesketh tak dobrego albumu.

Na koniec państwo Jon Ehrens i Jenn Wasner, czyli Dungeonesse. Od 14 maja mam przyjemność słuchać ich najnowszej produkcji, nazwanej tak samo jak zespół, tj. Dungeonesse. Duet zwykł określać siebie jako dzieci lat 90-tych i trzeba przyznać, że mają dużo racji. Może nie usłyszymy nachalnych rytmów jak w Everybody Dance Now, albo Rhythm Is A Dancer, ale za to bardziej spokojne beaty na miarę Groove Is In The Heart, grupy Dee-Lite. Dungeonesse jest mieszanką wszystkich dancowych i popowych zespołów końca lat 90-tych ubiegłego wieku, ale bez prostackości brzmienia tego okresu. Gorąco polecam każdemu dzieciakowi wychowanemu 20 lat temu.

Dziękuję za uwagę i życzę miłego słuchania w te deszczowe majowe dni!