1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

„Wielki Gatsby” to muzyczny kogel-mogel, słodki, ale czy smaczny?

„Wielki Gatsby” zawładnął umysłami Amerykanów bo to historia, którą wciąż się powtarza, historia miłosna i mezalians. Fitzgerald napisał powieść pięć lat przed czarnym czwartkiem, ale mimo że nie mógł przewidzieć krachu, zaakcentował jego symptomy. Odmalował też blichtr, bogactwo śmietanki intelektualnej i finansowej Nowego Jorku oraz rozbuchane, brzmiące gorącym, jeszcze świeżym jazzem lata 20. poszukiwanie „amerykańskiego snu” i uwolnienia się od ograniczeń, które obowiązywały w niedawnych jeszcze latach wojny.

„Wielki Gatsby” to muzyczny kogel-mogel, słodki, ale czy smaczny?

Główny, tytułowy bohater, w którego wcielił się sam wielki Leonardo, steruje emocjami widzów, tak jak niegdyś wyznaczał kurs wielkiego Titanica. I znowu tonie. Bo to historia o biednym chłopaku, który zakochał się w pięknej, pochodzącej z wyższych sfer Daisy (Carey Mulligan). Daisy wybiera życie u boku bogacza, łatwe i przyjemne, a Gatsby znika na jedenaście lat, by dorobić się wielkiego majątku na przemycie alkoholem. Kiedy wraca, robi wszystko aby odzyskać ukochaną. Daisy staje się jego obsesją, za którą podąża, nie bacząc na koszty.

Film jest już piątą ekranizacją powieści, która swoją drogą, w latach publikacji nie osiągnęła spektakularnego sukcesu (sprzedano zaledwie 25 tysięcy egzemplarzy) i przeminęła właściwie bez echa. Amerykanie nie potrzebowali wówczas opowieści, która przenika fasadę wyższych sfer, ukazując targające nimi zwykłe uczucia, jak pożądanie i nienawiść. Ale już kilkanaście lat później przypomniano sobie tę historię, bo Ameryka zatęskniła za szalonym czasami, kiedy szalała prohibicja, ale życie było kolorowe i beztroskie.

Luhrmann to reżyser, który słynie z niestandardowych obrazów. W końcu to on nakręcił „Roztańczonego buntownika”, wspaniały musical „Romeo i Julia”, czy słynne „Moulin Rogue”. To filmy pełne muzyki i oczywiście „Wielki Gatsby” też otacza widza feerią dźwięków. Luhrmann nigdy nie trzymał się sztywno historii, które przenosił z książek na wielki ekran. Tym razem jest podobnie, a więc Nowy Jork jest znacznie wyższy, a muzykę z lat 20. miesza z hip-hopową nutą. Ten eksperyment udał się lepiej niż film, który jest tak obszerny, bogaty w monumentalne sceny, że gubi swoich bohaterów. Muzyka jest bliższa, lepsza i… zaskakująca.

Nie mogło być inaczej skoro nad ścieżką dźwiękową pieczę miał sam Jay-Z. Amerykański raper właściwie nic już nie musi, bo w tym roku zapewne trafi na listę Forbesa, który rokrocznie publikuje nazwiska 400 najbogatszych Amerykanów. To facet, który jest ucieleśnieniem „amerykańskiego snu”, a wiec jego wybór na ojca muzyki do filmu ma pewien dodatkowy sens. Jaz-Z niemal dwa lata eksperymentował z muzyką ery jazzu, szukał drogi do współczesnych miazmatów muzycznych. Czy udało mu się odnaleźć właściwe środki przekazu? Dobór artystów może zaskoczyć, tym bardziej, że fabuła filmu rozgrywa się niemal 100 lat temu, w innym środowisku dźwiękowym, niż to, które reprezentuje plejada gwiazd zaproszona do współpracy przy projekcie.

Film zawiera kilka kompozycji samego Jay-Z oraz premierowe utwory The xx, Nero, Goye, Lany Del Rey, Florence And The Machine. Są też covery Bryan Ferry czy Beyonce. Amerykańska wokalistka R&B, wraz z Andre 3000, nagrała bardzo nietypową wersję „Black To Black” z repertuaru Amy Winehouse. Zresztą takich muzycznych eksperymentów jest na płycie więcej. To było ryzykowne posunięcie, tak jak inny utwór Beyonce, stary kawałek „Crazy in Love”, tym razem w aranżacji Jazzbandu The Bryan Ferry Orchestra i Emeli Sande. Ta muzyka brzmi niepokojąco znajomo, ale jednocześnie świeżo i inaczej. Budzi nostalgię i jednocześnie drży czymś nowym. W pewien sposób odzwierciedla więc klimat filmu, mimo że to inne czasy.

Niespodzianek jest więcej, choćby „Love Is Blindness” z legendarnej płyty "Achtung Baby” U2, którą niegdyś słuchałem tak często, że znałem na pamięć każdy tekst zamieszczonych na niej piosenek. To zaskakująca i wsysająca odbiorcę muzyka, z której oplotów ciężko się uwolnić. Cała płyta jest taka, momentami budzi rozdrażnienie jak w kawałku „Bang Bang” will.i.am, ale za chwilę zaskakuje ciepłem i delikatnością jak „Together” The xx. Wszystkich utworów jest czternaście i muszę przyznać, ze muzyczna podróż w rejony jazzu, hip-hopu i popu przypadła mi do gustu. To podróż w przeszłość, która szuka przyszłości i łączy się z teraźniejszością. Jay-z ryzykował, że stworzy muzyczny misz-masz, ale udało mu się zbalansować całość i tak dobrać wszystkie elementy, aby odbiorca mógł się w tej muzycznej opowieści odnaleźć. Właściwie lepiej niż w obrazie filmowym. Będę wracał do tej muzyki.

Dziś premiera filmu w kinach. Warto pójść i... posłuchać.

Wszystkie kawałki:

1. 100$ Bill - JAY Z
2. Back To Black - Beyoncé x André 3000
3. Bang Bang - will.i.am
4. A Little Party Never Killed Nobody (All We Got) - Fergie + Q Tip + GoonRock
5. Young And Beautiful - Lana Del Rey
6. Love Is The Drug - Bryan Ferry with The Bryan Ferry Orchestra
7. Over The Love - Florence + The Machine
8. Where The Wind Blows - Coco O. of Quadron
9. Crazy in Love - Emeli Sandé and The Bryan Ferry Orchestra
10. Together – The xx
11. Hearts A Mess - Gotye
12. Love Is Blindness – Jack White
13. Into the Past - Nero
14. Kill and Run - Sia