1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Animowany Batman - najbardziej wpływowe wcielenie Mrocznego Rycerza

Nie wszyscy doceniają ogromny wkład, jaki Batman: The Animated Series miało nie tylko na sposób w jaki prezentowani są superbohaterowie w animowanych programach telewizyjnych, ale i na samą postać Batmana. 

Animowany Batman – najbardziej wpływowe wcielenie Mrocznego Rycerza

Jeśli chodzi o rozpoznawalność, DC zawdzięcza wiele całemu animowanemu uniwersum, które przybyło wkrótce potem. Ludzie wciąż uważają te wersję za właściwą - wraz z premierą filmowej wersji przygód Zielonej Latarni, zdarzyło mi się słyszeć pytania znajomych – „czemu główny bohater nie jest czarny?” Seria wychowała nie tylko całe pokolenie dziś już dorosłych fanów komiksów i postaci, ale i wykreowała pewien obraz w zbiorowej świadomości. Zaraz po monstrualnym sukcesie pierwszego sezonu, po zasłużonej nagrodzie Emmy, naprędce zaczęto tworzyć kontynuację, dopracowując i dopieszczając wiele detali. Potem przyszła kolej na Superman: The Animated Series. Ligę Sprawiedliwych, Batmana Przyszłości, Teen Titans i cały szereg gier komputerowych,  filmów pełnometrażowych - czy to wydawanych bezpośrednio na VHS, czy torujących sobie drogę do sal kinowych. Ale nie od samego początku pomysł cieszył się wyłącznie entuzjazmem – Studio nie było do końca zadowolone z obranej stylistyki. Na szczęście sukces dwóch filmów Tima Burtona pozwolił projektowi przeżyć na tyle długo, by wyprodukować odcinek pilotażowy – tyle starczyło, by produkcja ruszyła pełną parą.

bats2 copy

Batman jest jedną z tych rzadkich postaci, która jest jak cała popkultura w pigułce. Mroczny Rycerz potrafił być równocześnie radosny i zabawny, ale i mroczny, gniewny, niepokojący. W roku 1938, kiedy Bob Kane i Bill Finger pierwszy raz opublikowali swoje dziecko w Detective Comics #27, komiksy o superbohaterach zaczynały dopiero kształtować się jako gatunek. Twórcy zmuszeni byli przecierać szlaki, a sami czerpali swoje inspirację z literatury brukowej. Przy żadnym z bohaterów nie jest to tak prawdziwe, jak przy Batmanie: opowieść o Bruce'ie Wayne'ie, człowieku, który pod wpływem tragicznej śmierci swoich rodziców postanawia nocą wkładać strój nietoperza i obijać pyski przestępców, była mocno inspirowana współczesnymi pulpowymi kryminałami. Mroczny Rycerz zawsze był przede wszystkim wnikliwym, samozwańczym detektywem, w swoim gotyckim i dziwacznym mieście. Rok po wielkim sukcesie Supermana, Batman był stworzony jako jego kompletne przeciwieństwo – Clark całe życie klepał biedę, Bruce był obrzydliwie bogaty. Człowiek ze stali miał nadzwyczajne moce, Batman jedynie siły umysłu i pięści. Clark miał pracodawcę, Bruce lokaja.

Pomimo tego, że na początku komiks operował mrokiem, zarówno kolorystycznie, jak i tematycznie – Mroczny Rycerz zagubił gdzieś ów „mrok” po drodze. Po wydaniu głośnej książki „Uprowadzenie niewinnych” Friedrica Wertmana, która oskarżała tytuł o propagowanie przemocy (i... homoseksualizmu), opowieści o Człowieku Nietoperzu zostały znacząco rozjaśnione. Coraz częściej można było zobaczyć go uśmiechniętego, czerpiącego niewinną radość z walki z przestępczością. Jego działalność została całkowicie zalegalizowana, a James Gordon wręczył mu nawet odznakę honorowego deputowanego Gotham City. Nie sposób było zobaczyć też już mafiozów – Batsy coraz częściej walczył z kosmitami, wielkimi potworami, szalonymi naukowcami, robotami i różnokolorowymi, groteskowymi przeciwnikami rzucającymi częściej dowcipami niż czyniącymi zbrodnie. Popularny serial komediowy z Adamem Westem tylko wzmacniał ten obraz.

Ale w drugiej połowie lat osiemdziesiątych coś się zmieniło. DC już pozbyło się ciężaru ciągłości fabularnej poprzednich dekad. Batmanowi pozwolono z powrotem być stworzeniem nocy. Frank Miller, tworzył wtedy nowoczesnego Człowieka Nietoperza: komiksy takie jak „Powrót Mrocznego Rycerza” czy „Batman: Rok Pierwszy” do dziś są inspiracją dla twórców zarówno adaptacji filmowych, jak i telewizyjnych. Ale nowa seria animowana nie chciała przedstawiać dokładnie tego samego świata. Zamiast tego, Bruce Timm i Eric Radomski woleli czerpać z całej historii Mrocznego Rycerza, zatrudniając nawet do jednego odcinka samego Adama Westa.

Dziesięć lat temu ciężko byłoby znaleźć osobę, która nie była zaznajomiona z tym obrazem Mrocznego Rycerza – charakterystyczną kwadratową szczęką, peleryną odbijającą światło na niebiesko na tle czarno-burego miasta. Ale na samym początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy dzieci pierwszy raz zasiadały do oglądania nowej kreskówki, czekała ich seria, jakiej jeszcze nie było w historii telewizji.

bats3

Logo Warner Bros. dyskretnie zmieniło się we front policyjnego zeppelina oślepiającego widownię dwoma reflektorami. Nasz wzrok podążał w dół, mijał bordowe niebo i wierzchołki staroświeckich wieżowców. Oczy dzieci osiadły na wielkim szyldzie banku, kiedy w kadr wkroczyły dwa podejrzane cienie. Duża eksplozja niszczy wystawę, a w tle wszystkie możliwe instrumenty wybuchały melodią. Szybkie cięcie na tył startującego Batmobilu, a potem na jego smukłą sylwetkę w rzucie izometrycznym. Przestępców, którzy okradli bank wciąż nieudolnie ścigała policja. Sylwetki włamywaczy nagle znikały w zaułku. Radiowóz zatrzymał się przed ścianą z wywieszoną drabiną, po której prawdopodobnie złoczyńcy wspięli się na sam dach budynku. Tam, na ich twarzach nagle pojawiło się przerażenie. Kiedy na ekranie pierwszy raz pojawił się Batman, nie trzeba było już niczego mówić. Pierwotnie, seria pozbawiona była nawet tytułu – w ostatnim ujęciu widzieliśmy tylko Człowieka-Nietoperza, jego wzrok skierowany był w niebo, a w tle słuchać było trzask pioruna. To tyle. Ale w sumie - nie trzeba było już niczego dodawać. Widownia całkowicie kupiła ten świat. Przez cały czas dręczyła widzów niespokojna linia melodyczna, mocno inspirowana pracą Danny'ego Elfmana do dwóch filmów Tima Burtona. Pracowała nad nią sama Shirley Walker, dyrygentka u mistrza.

Bezpośrednią inspiracją dla serii był oczywiście wielki hit kinowy, „Batman” Tima Burtona z 1989 roku. Bruce Timm, główny producent i człowiek, który nadał serii charakterystyczny „kwadratowy styl”, często mówił, że chciał imitować „nieziemską uniwersalność” Burtona, włączając do serii takie rzeczy jak czarno-białe karty tytułowe, samochody, sposób ubioru bohaterów, wszystko udające lata trzydzieste i czterdzieste. Wszystkie budynki przedstawiane były zawsze z dziwacznych ujęć, każdy zbudowany był z wyraźnej geometrycznej bryły, przypominając raczej Gabinet Dr Caligari niż jakąkolwiek animację telewizyjną, a nad miastem zawsze czuwały monstrualne, policyjne zeppeliny. Klimat i wygląd serii wymuszał odrobinę innowacyjny sposób malowania. Tła były nakreślone na czarnym papierze, nie zaś – tak jak tradycyjnie się je tworzyło – na białym. Twórcy ochrzcili ten styl „Dark Deco”. Nie było tu realizmu za krzty – była to dziwna mieszanina współczesności, przyszłości i przeszłości. Podczas gdy inne seriale animowane o superbohaterach, takie jak X-Men czy Spider-Man próbowały ekranizować komiksy co do kadru, albo osadzać je w jakimś wiarygodnym środowisku – Batman od samego początku stworzony był jako pole do eksperymentów.

W ciągłym staraniu, by seria oddziaływała zarówno na dorosłych, jak i na dzieci, twórcy testowali cierpliwość swoich telewizyjnych przełożonych. Joker nie mógł zabijać. Dano mu zatem gaz rozśmieszający, który pozostawiał ofiarę w nieuleczalnym paraliżu – przeraźliwym uśmiechu, losie wyglądającym znacznie gorzej niż śmierć. Była to jedna z niewielu serii (do dziś to rzadkość), która pokazywała prawdziwą broń palną, alkohol, krew.

Jednym z charakterystycznych aspektów Batman: TAS, który sprawiał, że seria wybijała się znacznie ponad wszystkie inne animacje telewizyjne w tym czasie, była doskonała obsada. Kevin Conroy używał dwóch głosów – wyższego, znacznie weselszego dla przedstawienia Bruce'a Wayne i znacznie niższego, głębszego głosu dla samego Batmana. Robił to tak przekonująco, że w żadnym momencie nie groziła mu śmieszność, o którą tak często oskarża się obecnego filmowego Batmana, Christiana Bale'a. Mark Hamill (bardziej znany jako Luke Skywalker), stworzył niemal ikoniczną kreację Jokera, która dla wielu fanów wciąż pozostaje jedynym akceptowalnym głosem klauniego księcia zbrodni. Aktor często wspominał, że śmiech powinien być dla tego złoczyńcy jak instrument. Ten Joker wyrażał swoim rechotem radość, gniew, smutek, rozpacz. To właśnie ta seria jako pierwsza zasugerowała, że Harvey Dent miał problemy z rozdzieloną osobowością na długo zanim stał się Two-Face'm. Coś, co dziś jest uważane za oczywistość.

bats4

Ale Batman: TAS nie ograniczał się jedynie do adaptacji. Podczas sesji scenarzystów padł pomysł, by zamienić jednego z pomagierów Jokera na... pomagierkę. Tak powoli narodziła się Harley Quinn: postać jego „dziewczyny”, która później znalazła swoje miejsce nie tylko w komiksach, ale i w innych adaptacjach animowanych, czy w dwóch grach mocno osadzonych w uniwersum (Batman: Arkham Asylum i Arkham City). Była terapeutką Jokera, którą on uwiódł, i z którą w końcu zaczął dzielić szaleństwo. Jej opowieść była przedstawiona w odcinku „Mad Love”, który później został przetworzony w wielokrotnie nagradzaną powieść graficzną, a w końcu – stał się kanoniczny.

Kiedy zaczęły się rodzić następne seriale animowane z podtytułem „The Animated Series” oparte na komiksach DC, nie były one wcale oderwane od Gotham – Bruce Timm wprowadził dla wszystkich z nich wspólne uniwersum, dzięki czemu postacie mogły widywać się od czasu do czasu i przeżywać wspólne przygody. W jednym odcinku Superman: Animated Series, Bruce Wayne został poddany praniu mózgu przez międzygalaktyczny komputer Brainiac i Clark Kent musiał przez jakiś czas przebierać się za Mrocznego Rycerza. W adaptacji JLA (w Polsce pod tytułem „Liga Sprawiedliwych”) przedstawiono wszystkie najbardziej znane postacie z komiksów DC. I to uniwersum było całkowicie niezależne od swojego komiksowego odpowiednika.

Jedną z serii narodzonych w wyniku wielkiego sukcesu Batman: TAS był Batman Przyszłości. Historia przedstawiała nam starego Bruce'a Wayne'a, który nie mogąc już dalej wieść życia nocnego mściciela, zatrudnia do tej roboty młodego następce, Terry'ego McGinnis. Ta opowieść nie miała żadnego źródła w komiksie, ale seria okazała się tak ogromnym sukcesem, że wkrótce i on znalazł jakoś sposób by dotrzeć do uniwersum komiksowego.

Dziś ciężko wyobrazić sobie powstanie serii kompletnie oderwanej konceptem od Batman: TAS. Pomimo tego, że animowane Uniwersum DC jest już dziś rozdziałem zamkniętym, wciąż ciężko ignorować jego wpływ. Aktorzy, którzy użyczali głosów z tego serialu wciąż są zapraszani do produkcji gier komputerowych i konsolowych. Głosy Kevina Conroya i Marka Hamilla przepięknie przebrzmiewają w popularnej grze MMORPG, DC Universe Online oraz w grach Arkham Asylum i Arkham City. Nawet radosny i wesoły Batman w Batman: Odważni i bezwzględni – serii, która powstała po to, by udowodnić, że Człowiek-Nietoperz nie musi być mroczny - ma łudząco podobną kwadratową szczękę, a sama formuła serialu jest zaprzeczeniem TAS. Bez niej nie miałaby racji bytu.

Film animowany „W cieniu czerwonego kaptura” (całkiem wierna adaptacja komiksu „Under the Hood”) nie jest związany fabularnie z TAS. Opowiada przecież o powrocie do życia drugiego Robina, Jasona Todda – postaci, która została wycięta z adaptacji Bruce'a Timma. A mimo to, nie sposób nie myśleć o Marku Hamillu, kiedy słyszymy głęboki śmiech Johna DiMaggio. Stylistyka wciąż pozostaje niemal bez zmian, a policyjne zeppeliny są dziś nieodłącznym elementem scenerii animowanego Gotham City. Brandon Vietti, reżyser filmu zaznaczał, że uważa film za „nieopowiedzianą historię”, odnosząc się właśnie do TAS.

Niestety, serialu nie znalazłem w żadnym sensownym VOD dostępnym w Polsce.  Tymczasem, na Shaw możecie zobaczyć Batman: Mask of the Phantasm, film kinowy związany z tym serialem. Seria pozostawiła po sobie ogromne dziedzictwo nowych bohaterów, historii, sposobów plastycznego przedstawienia miasta, muzyki. Nie sposób jej dzisiaj ignorować i pomimo pewnego wieku, wciąż wygląda jakby była wyprodukowana wczoraj. Znakomity sposób opowiadania historii i doskonała animacja doprowadziły do tego, że dla wielu fanów, to właśnie ta edycja Mrocznego Rycerza jest tą właściwą. Miejmy tylko nadzieję, że DC nie postanowi całkowicie odejść jej w zapomnienie.