1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

7 mgnień nowej rockowej rewolucji. Zostały po niej jakieś dobre płyty?

Nowa rockowa rewolucja przyszła znienacka na początku poprzedniej dekady i bardzo szybko zniknęła z pola widzenia, dowodząc tylko, że zachwyty prasy muzycznej to jedno, a szara rzeczywistość po wydaniu drugiej płyty to zupełnie inna sprawa.

7 mgnień nowej rockowej rewolucji. Zostały po niej jakieś dobre płyty?

Pisałem już o tym niedawno, dorzucając też adekwatną playlistę - a tym razem zamierzam kontynuować próbę odpowiedzenia na pytanie co new rock revolution nam zostawiła w spadku i czy są jakiekolwiek powody, by całe zjawisko w ogóle wspominać.

A choć cały trend okazał się medialną wydmuszką i wcale nie zmienił muzycznego rynku, to napływ gitarowych bandów dał nam przynajmniej kilkanaście udanych singli i parę godnych uwagi płyt, które choć w żadnym razie wybitne, to przerwały próbę czasu, szczególnie w kontekście koszmarków, jakie ich autorzy wypuszczają ostatnio. Pozwolę sobie zatem podzielić się siedmioma albumami, moim zdaniem wartymi sprawdzenia, niezależnie od tego, czy załapaliście się na modę na indie rock, czy nie.

The Strokes - Is This It

Is This It

Od tego albumu na dobrą sprawę się cała moda zaczęła. Moda, w której pierwsze skrzypce grali Brytyjczycy, choć prekursorem jest płyta zespołu tak nowojorskiego, jak tylko się da. The Strokes byli cool, nosili drogie ciuchy, nie stronili od używek, byli zmanierowani jak pięćdziesięcioletnie divy, ale młodzi i stylowi, więc stanowili materiał niemal idealny na nowe gwiazdy dla znudzonego młodego pokolenia. A Is This It muzycznie uosabia wszystkie cechy charakterystyczne grupy. Piosenki na płycie są niedbałe, ale przebojowe; leniwe i proste, ale wpadające w ucho; no i całkiem lekkie, a przy tym niekoniecznie grzeczne. Is This It nie tylko nadała The Strokes status gwiazd i wyniosła na szczyt, z którego z łoskotem wciąż spadają coraz niżej do dziś, ale też stała się katalizatorem dla powstania setek podobnych płyt podobnych zespołów.

Odsłuchaj na Spotify · Deezer · Wimp
Zakup na iTunes
Posłuchaj radia The Strokes na tuba.fm

Franz Ferdinand – Franz Ferdinand

franz fredinand

Brytyjczycy mogli pochwalić się gwiazdami o podobnym statusie co The Strokes, w postaci Szkotów z Franz Ferdinand. Pojawienie się ich debiutanckiego albumu zaznaczyło szczyt popularności indie rocka spod znaku nowej rockowej rewolucji. I podobnie, jak w przypadku The Strokes, i tu muzyka poniekąd odpowiadała wizerunkowi grupy. Franz Ferdinand nie byli napuszeni jak nowojorczycy, kreowali się raczej na facetów inteligentnych, obdarzonych poczuciem humoru oraz dystansem do siebie – dlatego też album pełen jest przebojowych, energetycznych utworów, które jednak nie snują się leniwie jak na Is This It, co tez jest rzecz jasna zasługą tego, że Alex Kapranos jest zupełnie innym wokalistą niż Julian Casablancas (swoją drogą, oryginalne, brzmiące jak greckie nazwiska to był wówczas najwyraźniej ostatni krzyk mody), ale i uderzają w bardziej taneczne i imprezowe tony. Mawia się, że w zasadzie cała nowa rockowa rewolucja zakończyła się na tym krążku i jeśli tak, to było to najlepsze możliwe zamknięcie tego rozdziału.

Odsłuchaj na Spotify · Deezer · Wimp
Zakup na iTunes
Posłuchaj radia Franz Ferdinand na tuba.fm

The Killers – Hot Fuss

hot fuss

Kiedy posłucha się ostatnich dokonań The Killers i zestawi je z ich debiutancką płyta, wówczas można zauważyć, jaką sporą woltę stylistyczną wykonali Amerykanie na przestrzeni lat. O ile dziś brzmią tak typowy amerykańscy indie rockowcy z pociągiem do monumentalnych, patetycznych utworów, tak wówczas wypadali bardziej brytyjsko od Brytyjczyków. Hot Fuss może i nie jest najlepszą płytą w dorobku grupy Brandona Flowers, ale świetnie definiowała ówczesne trendy, ze swoimi łagodnymi, wpadającymi w ucho melodiami i pełnymi hooków refrenami. The Killers byli tą ekipą, która miała ambicje zapełniać stadiony i być nowym U2, a choć z perspektywy czasu niestety widać, że to nie ten rozmiar kapelusza, to wówczas mieli wszystko, by zamykać największe festiwale. A Hot Fuss jest tym punktem w ich karierze, gdy panowie mieli jeszcze w sobie odrobinę skromności i po prostu pisali przebojowe piosenki (no, cóż, pomijając koszmarek w postaci Glamurous Rock n’ Roll).

Odsłuchaj na Spotify · Deezer · Wimp
Zakup na iTunes
Posłuchaj radia The Killers na tuba.fm

Hot Hot Heat – Make Up The Breakdown

make up the breakdown

I dla odmiany, propozycja od zespołu, który wygrywa raczej bezpretensjonalnością, młodzieżowym luzem i świeżością, aniżeli pozowaniem na gwiazdy rocka. Kanadyjczycy mają wiele wspólnego z tuzami bardziej tanecznych rejonów niezależnego rocka, takimi jak The Rapture, Dismemberment Plan czy wczesne XTC i wszystko to słychać na płycie, powalającej wręcz dawką optymizmu, energii i ilością hooków ukrytych w melodyjnych piosenkach. Tych kawałków nie sposób nie nucić długo po odsłuchaniu, a klawiszowe motywy przewodnie tych kawałków czy barwa głosu Steve’a Baysa nie uciekną wam z głowy na długo. Hot Hot Heat zadebiutowali mocnym uderzeniem i jak to zwykle bywało, z każdą płytą niestety obniżali loty. Ale Make Up the Breakdown broni się do dziś.

Odsłuchaj na Spotify
Zakup na iTunes
Posłuchaj radia Hot Hot Heat na tuba.fm

The Futureheads – The Futureheads

the futureheads

Po takim dopieszczonym brzmieniowo albumie jak powyższy, czas na coś bliższego korzeniom całej new rock revolution, opartej przecież, przynajmniej w teorii, na powrocie do garażowego, surowego plumkania - back to basics, te sprawy. Futureheads wypluwają z siebie punkowe, bardzo specyficznie brzmiące kawałki, opatulone w magmę gitarowego szycia bez kompromisów, nie zapominając przy tym o różnorodności, przebojowości i nie bojąc się tej surowizny doprawić paroma sztuczkami w studio. Futureheads to jeden z tych indierockowych zespołów epoki new rock revolution, który definitywnie posiadał cojones i wyraźnie odcinał od przestylizowanych, zmanierowanych gwiazdek z pierwszych miejsc list indie-przebojów.

Odsłuchaj na Spotify · Deezer · Wimp
Zakup na iTunes
Posłuchaj radia The Futureheads na tuba.fm

The Libetines - Up The Bracket

up the bracket

Libertines przypięto łatkę “brytyjskich Strokes” (oj, często przywołuję tu Nowojorczyków, zdecydowanie zbyt często), ale to porównanie jest dla grupy Pete’a Doherty’ego bardzo niesprawiedliwe. The Libertines zawsze byli bowiem o krok do przodu. Mieli w sobie więcej nonszalancji, mieli bardziej przebojowe kawałki, mieli większy potencjał medialny w postaci swojego wokalisty-ulubieńca angielskich brukowców, no i przede wszystkim rozpadli się zanim przestali kogokolwiek obchodzić (co prawda na gruzach Libertines wypączkowało kilka innych zespołów, jedne gorsze od drugich, ale to już inna historia). I choć moje dwa ulubione kawałki Libs (obecne na mojej noworockoworewolucyjnej playliście) pochodzą z drugiej ich płyty, tak jeśli miałbym komuś polecać cały krążek, to byłby to debiutancki Up The Bracket - wzór luzu, bezpretensjonalności, ale i błyskotliwości oraz talentu skrytego za niedbałym pociąganiem za struny i bełkotliwym wypluwaniu zwrotek zapijanych jakimś podłym piwem.

Odsłuchaj na Spotify · Wimp
Zakup na iTunes
Posłuchaj radia The Libertines na tuba.fm

The Hives - Veni Vidi Vicious

veni vidi vicious

Płyta pojawiła się jeszcze przed strokesowym Is This It i wypada w porównaniu jak materiał, który mogli usłyszeć nowojorczycy podczas wakacji w Szwecji i podjarani tym, co usłyszeli, postanowili nagrać coś podobnego. Tyle, że Hives grali ostrzej, bardziej bezkompromisowo, wyraźnie inspirując się The Stooges czy Ramones, tym samym też wyrastając na koncertowych gigantów, zamykając swego czasu każdy większy festiwal. Co najważniejsze, udawało im się tę niesamowitą dawkę koncertowej energii przekuć na wydawnictwa studyjne i choć nie zawsze trzymały najwyższy poziom, to akurat owej energii nigdy im nie brakowało. A Veni Vidi Vicious to zdecydowanie najlepszy album na ich koncie, pędzący na złamanie karku, bez kompromisów, bez wypełniaczy, nie pozwalający się nudzić przez choćby chwilę.

Odsłuchaj na Spotify · Deezer · Wimp
Zakup na iTunes
Posłuchaj radia The Hives na tuba.fm

***

Na liście świadomie nie umieściłem The White Stripes - choć wówczas stawiano ich w jednym szeregu z powyższymi zespołami, to czas pokazał, że ta grupa trochę do nich nie pasuje, a Jack White to artysta innego kalibru niż Casablancas czy Kapranos i prawdopodobnie będzie pamiętany jako ważna postać współczesnej muzyki na długo po tym, jak swoją działalność zakończą wszystkie z wymienionych powyżej bandów. Nie zamierzam zatem sprowadzać twórczości White Stripes do chwilowej mody, jaką okazała się nowa rockowa rewolucja.

Pominąłem też świadomie albumy Yeah Yeah Yeahs czy The Vines - bo zwyczajnie nigdy nie byłem ich fanem, więc nie chcę tutaj mydlić komukolwiek oczu, jakie to wspaniałe płyty wydali, kiedy sam jestem zupełnie innego zdania. Oczywiście każdy pewnie ułożyłby zupełnie inne zestawienie, ale taki to już ich urok...