1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Gwiazdy nowego Daft Punk: Todd Edwards

Na pewnym forum poświęconym muzyce klubowej przeczytałem, że przestała ona ewoluować i przed nami zostały tylko rewolucje. Jak wieść gminna niesie, te nie zawsze kończą się rezultatem przewidzianym przez ich ojców.

Gwiazdy nowego Daft Punk: Todd Edwards

Wspomnijmy tylko rewolucje: październikową, pomarańczową czy te ostatnie - kuchenne... Jednak Francuzi akurat w przewrotach są nie najgorzej obtrzaskani. Na początek rozebrali do ostatniej cegły Bastylię, a potem przedefiniowali muzykę elektroniczną. Jean Michel Jarre, Joachim Garraud (♥) i w końcu Daft Punk. Ci ostatni, jak zapewne wiecie z tekstu Kuby, stali się ostatnio sentymentalni. A nie ma to jak powspominać o starych, dobrych czasach w zacnym gronie. I tak do projektu Random Access Memories zaprosili wielu zasłużonych dla sceny house (i nie tylko) turntablistów. Wśród nich znalazł się Todd Edwards.

Duet deklaruje, że Random Access Memories ma być sentymentalnym powrotem do lat 70. i 80., gdzie zachodnie wybrzeże USA rozbrzmiewało zupełnie nowymi dźwiękami. Ciepłe brzmienie lampowych syntezatorów, oldskulowe efekty gitarowe, słońce zachodzące nad Sunset Boulevard... Gdzie w tym wszystkim zmieścić typka z deszczowego New Jersey? Todd Edwards wyruszył ze Wschodniego Wybrzeża na zachód, by poszukać inspiracji do realizacji nowego zadania.

Jak deklaruje sam zainteresowany, nie było łatwo utrzymać tajemnicę kolaboracji z paryskim duetem. Do współpracy odnosi się w entuzjastyczny sposób. Todd wspomina, że Daft Punk szukając "brzmienia Zachodniego Wybrzeża" czerpali garściami z rejonów znanych, ale nie eksplorowanych. Według niego możemy spodziewać się echa Fleetwood Mac, The Doobie Broters i Eagles. Fleetwood Mac i Daft Punk? Nieźle! Od razu sobie przypomniałem, że Marek Wałkuski w swojej książce (o której pisała Ewa) określił ich mianem Andrzeja & Elizy. Chciałbym, by któryś z naszych "obracaczy placków" sięgał do korzeni w taki sposób, a nie po najmniejszej linii oporu samplując Stana Borysa czy Niemena.

Wracając do samego Todda: facet ma doświadczenie w drapaniu winyla. Zaczynał w okolicach roku 1993, więc podobnie jak Daft Punk. Zainspirowany dokonaniami Todda Terry'ego (który na koncie ma remix m.in. Björk, Garbage, Michaela Jacksona i... Natalii Lesz) skierował swe muzyczne kroki w kierunku house'u. Do tematu podszedł w dość nowatorski sposób, gdyż jego znakiem rozpoznawczym stały się kompozycje zbudowanych z sampli opartych na wokalu, a nie na instrumentarium. Udało mu się trochę na scenie namieszać, a przypieczętowaniem pierwszej dekady działalności stała się pierwsza współpraca z paryskim duo. Słuchając numeru Face to Face z kultowego albumu Discovery usłyszycie Todda w partiach wokalnych.

Kolejne dziesięciolecie upływało mu na tworzeniu house'owych piguł, wykręconych wokalowymi cutami. Dorobek singli jest imponujący i jednoznacznie wskazuje na przekładanie uciechy z "ciężkiej pracy w dyskotece" nad trzaskaniem kolejnych długograjów. Justice czy Klaxons zostały przezeń przewiercone i dostosowane do wymagań bywalców postindustrialnych hal Detroit czy piniowych parkietów Kaliforni. Co przez ten czas robił w New Jersey, zamiast przenieść się do jednego z klubowych centrów USA? Chyba uczestniczył w pogoni za Amy. W końcu Guy-Michel i Thomas ponownie zapukali do jego drzwi, a z tego internacjonalnego trójkącika zrodził się Fragments of Time i wylądował na Random Access Memories.

Co mogę powiedzieć o Toddzie Edwardsie. Fajny chłop, Polak i katolik. E... katolik - tak. Gdy przebrzmiały już ostatnie nuty w słuchawkach, dochodzę do wniosku, że Edwards to niezwykle solidny rzemieślnik z fetyszem wokalnym, ale solówki nie są jego najmocniejszą strona. Autorskie kompozycje pewnie cieszą się absolutnym kultem tylko u entuzjastów pastylek "giorgio armani", co nie zmienia faktu, że i koneser Kalwi & Remi szarpnie bioderkiem przy zmiksowanym No To Love Jessie Ware.