1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Cyfrowe nowości muzyczne: Z dużej chmury mały deszcz

Tym razem przyglądamy się dwóm świeżym albumom, które miały zawładnąć sercami i odtwarzaczami fanów indie-rocka, a okazały się... delikatnie mówiąc, przeciętnie. Do tego dwa całkiem ciekawe single, tak na poprawienie humoru.

Cyfrowe nowości muzyczne: Z dużej chmury mały deszcz

O utworze Pompeii w wykonaniu Bastille wspominałem jakiś czas temu - i zgodnie z przewidywaniami, ów kawałek zadomowił się w na tyle dobrze w rozmaitych playlistach, że do dziś pojawia się w czołówce każdego możliwego rankingu popularności singli. Nic więc dziwnego, że po takim przetarciu szlaku, z zaciekawieniem można było oczekiwać długogrającego albumu londyńskiego kwartetu. Ten w końcu nadszedł i... szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co o nim napisać. To jedna z tych płyt, które są tak przeciętne, bezbarwne i asekuracyjne, że w ostatecznym rachunku, wypadają nawet gorzej niż te naprawdę nieudane (jak chociażby opisywani przez Ewę The Strokes, brrr), bo je chociaż idzie zapamiętać, no i wzbudzają jakiekolwiek emocje. Bad Blood to jeden kapitalny singiel (Pompeii, rzecz jasna) i cała reszta monotonnych i usypiających fillerów - a biorąc pod uwagę, że ten jeden kawałek zjednał sobie masę słuchaczy właśnie oryginalnym brzmieniem, aż dziwne, że cała reszta utworów aż tak pod tym względem odstaje. Poza tym, podczas słuchania cały czas towarzyszyło mi poczucie deja vu - wyjątkowo podobną muzykę nagrywał bowiem Jack Peñate czy Young The GIant. Obaj wykonawcy specjalnego sukcesu nie osiągnęli i trudno oczekiwać, by Bastille było inaczej.

Odsłuchaj na: Spotify  ·  Deezer  ·  WiMP
Zakup na: iTunes

Kolejny odsłuch kolejnej płyty - kolejne rozczarowanie. Nie jest to najlepszy okres dla wykonawców z mojej orbity zainteresowań - do tej pory zawiedli mnie wymienieni Bastille, The Strokes, do tego dorzućmy jeszcze przeciętny krążek Yeah Yeah Yeahs czy Local Natives i dochodzę tu do wniosku, że jak to samo czeka Wavves, to nic, tylko iść i pociąć się płytą z hitami Nickelback. Wracając do drugiej płyty - za nazwą Iron & Wine kryje się sympatyczny brodacz, Samuel Beam, jeden z gatunku tych wrażliwych i ekscentrycznych artystów, którzy zaczynali od nagrywania prostych piosenek na kanwie jedynie brzdąknięć akustycznej gitary i własnego głosu. Z czasem Beam zaczął przykładać się do aranżacji i produkcji, a kulminacją rozwoju na tym polu jest właśnie piąty krążek Iron & Wine, Ghost on Ghost. I... jest ok. Po prostu. Wysłuchałem go kilka(naście) razy i za każdym razem wtapiał się w tło, dosyć leniwie, acz bez zgrzytu wypełniając przestrzeń. Prócz zadziwiająco jak na tego wykonawcę przebojowego Grace for Saints and Ramblers (nagranego z udziałem swojej siostry, która wspomagała brata wokalnie na całej płycie), żaden z utworów nie zapadł mi mocniej w pamięć, a końcówka wręcz się dłużyła. Uciekło gdzieś napięcie i niepokojące poczucie tłumionych gdzieś emocji, które towarzyszyło poprzednim albumom Samuela, a w zamian krążek wypełniony jest całkiem przystępnymi melodiami, ilustrującymi raczej swobodę ducha i iście wiosenny nastrój. I nie ma w tym nic złego, tyle, że łagodne, przeplatane chórkami i aranżacjami przywodzącymi na myśl dokonania Sufjana Stevensa, to nie jest w wykonaniu Samuela Beama coś, czym ten potrafi skupić uwagę słuchacza  i całość jawi się mocno bez wyrazu i charakteru.

Odsłuchaj na: Spotify  ·  WiMP
Zakup na: iTunes

Ze sporym zaskoczeniem odkryłem, że kolejnym dużym hitem, jaki szturmem zdobywa listy przebojów, jest duet P!nk i Nate’a Ruessa z fun., Just Give Me a Reason, pochodzący ostatniego albumu panny Moore, The Truth About Love. Jest to ballada w formie muzycznego dialogu, jakich wiele (pamiętamy wszyscy, pewnie aż za dobrze, np. pewien przebój niejakiego Gotye), ale wspominam o niej tutaj, bo to jeden z zabawniejszych utworów, jakie słyszałem - i nie mam pojęcia, czy efekt jest zamierzony. Otóż mamy tu historię pary, która właśnie przechodzi trudny okres. Cały dowcip polega na tym, że P!nk występuję w roli dziewczyny, którą nagle dopadają wątpliwości i zaczyna zupełnie panikować, że jakieś bełkotanie jej partnera przez sen to znak, że to koniec ich związku i tak dalej, podczas gdy Nate za chwilę wchodzi z linijką, iż nie ma pojęcia, o co w ogóle chodzi i chyba ktoś tu sobie coś wymyśla. Komedia. Szkoda, że potem kawałek błyskawiczne wspina się w górne rejony patosu i typowych sloganów rodem z milionów innych piosenek o miłości, ale za to otwarcie należą się temu duetowi punkty, bo nie tylko nieźle mnie to wszystko zbiło z tropu, ale i ten kawałek ciekawie się wyróżnia spośród setek innych identycznych historii o złamanych sercach i wielkich pretensjach - mamy tu przecież całkiem życiową sytuację!

Odsłuchaj na: Spotify  ·  Deezer  ·  WiMP
Zakup na: iTunes

Na koniec, moja prywatna rekomendacja. Willym Moonem zachwycał się już Michał, natomiast ja w kwestii całej płyty pozostanę znacznie bardziej sceptyczny, ale jest tu utwór, który z czystym sumieniem mogę polecić. My Girl to po prostu cholernie przebojowy i bezpretensjonalny kawałek, który choć niepozbawiony tych wszystkich retro-elektronicznych ozdobników, od jakich wręcz mdli na całym krążku, to akurat w przypadku My Girl nie staje się to niepotrzebnym przerostem formy nad treścią, a całości słucha się lekko, łatwo i przyjemnie. Idealny singiel na wiosenną aurę panującą za oknem i choć nie ma co kryć, nie jest to wybitne dzieło, które będzie z wami latami, to warto mu dać szansę, bo to około 2,5 minuty pozytywnie nastrajających dźwięków.

Odsłuchaj na: Spotify  ·  Deezer  ·  WiMP
Zakup na: iTunes

I to tyle na dziś - jeśli spodobały wam się ostatnio jakieś warte uwagi single czy albumy, podzielcie się nimi w komentarzach!