REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Nazywam się Blond… Komisarz Blond

Komisarz Blond i Oko sprawiedliwości to przykład miernego polskiego podrabiania amerykańskiego kina. Film jest niepotrzebnym i bolesnym policzkiem wymierzonym w kierunku ambitnych rodzimych produkcji. Pozostawia jednak ambiwalentne odczucia.

komisarz blond i oko sprawiedliwości
REKLAMA
REKLAMA

Wystarczy jedno nazwisko by uzyskać klarowną odpowiedź na pytanie dlaczego Komisarz Blond w ogóle powstał – Mariusz Pujszo. Gdyby w Polsce poszukiwano artystycznego odpowiednika Uwe Bolla, to on znalazłby się w pierwszej trójce. Panowie różnią się jednak mentalnością, bo Pujszo doskonale wie, że robi złe filmy i nikt go za to nie gani (za wyjątkiem widzów nieuświadomionych o jego geniuszu). Świadomy kicz to jego specjalność, a że potrafi znaleźć fundusze, by jego kino pojawiało się w multipleksach, to już osobna sprawa.

Komisarz Blond i Oko sprawiedliwości nie jest autorskim projektem Pujszo, ale skoro zagrał w nim główną rolę, to trzeba mu przypisać większy wkład.  Szczególnie, że na jego barkach znajduje się cały ciężar filmu. Reżyser Paweł Czarzasty zrealizował kalkę konwencji hollywoodzkiej parodii. Do Strasznych filmów poziomem jednak nie sięga (choć dla niektórych to może być komplement). Wbrew sugerującemu tytułowi, nie jest to polska komediowa odpowiedź na Jamesa Bonda. Komisarz Blond to nikt inny jak Inspektor Clouseau z Różowej pantery. Szkoda tylko, że punktem wyjścia jest nowa wersja ze Steve’em Martinem. Oryginał niepozbawiony był wad, ale polska produkcja pogłębia je jeszcze bardziej. Amatorszczyzna rzuca się w oczy i boli! Szczególnie, gdy pełen dziwactw protagonista odgrywany zostaje z miną zbitego psa.

REKLAMA
blond_1

Podczas seansu nie można się zdecydować, czy świadoma konwencja kiczu jest atrakcyjna, czy odrzuca. Polacy wyśmiewają zagraniczne produkcje, ale nie tworzą dobrego-złego kina na miarę zabaw a’la Tarantino w Death Proof. Z minuty na minutę film staje się marnotrawstwem czasu i energii. Rodzime kino klasy B (lub nawet C!) to niestety przykład złego-złego filmu [sic!]. Legenda jeszcze jakoś intrygowała, bo polskich horrorów nie ma wiele, ale Komisarz Blond powinien pójść w odstawkę. Nawet jeśli gra tam sam Marian Dziędziel.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA