REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

My Chemical Romance - to już naprawdę koniec?

Obudziłem się dziś rano ciągle śpiący, a raczej jeszcze nie do końca siebie świadomy. Słońce zaglądało przez okna dotykając mojej twarzy i wtedy ogarnął mnie głęboki smutek, nagle przywracając mnie do życia i uświadomiłem sobie – My Chemical Romance zakończył działalność.

My Chemical Romance – to już naprawdę koniec?
REKLAMA
REKLAMA

Tak zaczyna się pożegnalny list Gerarda Waya, frontmena kapeli, która przez 12 lat pomagała „mrocznym” nastolatkom przetrwać jakoś trudy codziennej egzystencji. Być może, gdyby nie runęły dwie wieże w Nowym Jorku, Gerard malowałby przez te wszystkie lata kreskówki dla Cartoon Network a jego brat Mike skończył college, znalazł dobrą pracę i nigdy nie balansował na granicy szaleństwa zmagając się z zaburzeniami maniakalno-depresyjnymi. Wtedy jednak nie powstałyby cztery albumy grupy, które budziły tylko skrajne emocje.

Bo My Chemical Romace tacy właśnie byli. Znienawidzeni przez krytyków, dla których współczesne emo to irytująca karykatura pierwotnego nurtu z lat 80. ubiegłego wieku i takich kapel jak Rites of Spring czy Beefeater.  Z drugiej strony były i są tysiące fanów, którym nie przeszkadzały umalowane na biało twarze, wampiryczny stajl, teatralne zachowanie i melodramatyczne teksty traktujące o trudach codziennego życia, wyobcowaniu i biskości śmierci.

A że chłopaki z The Chemical Romace budowali ten wizerunek stawiając jednocześnie komfortowe domy z gadającą lodówką i podgrzewaną wodą w basenie, nikomu nie przeszkadzało, bo prawdziwy emo zmaga się z życiem właśnie dlatego, że jest ono takie wygodne i konsumpcyjne. Korzysta bo musi, jednak w głębi duszy odrzuca materializm na rzecz burzy uczuć, które się w nim mrocznie kłębią. A kiedy czuje, że dłużej już tego nie zniesie, daje ujść emocjom zanurzając się w muzykę My Chemical Romance - przepełnioną bólem, wrażliwą i skonfliktowaną z całym światem poza kastą wybrańców, którzy ją rozumieją.

Debiutancka płyta wydana w połowie 2002 roku

Czwórka z New Jersey nigdy nie chciała być muzyczną grupą wsparcia dla emostajlu. Gerard Way zawsze powtarzał, że jego guru są The Misfits, Iron Maiden, Queen czy David Bovie. Freedy’ego i Boviego zespół braci Way uhonorował zresztą w coverze „Under Pressure” nagranym razem z The Used. Jednak im bardziej rockowi i hardcore'owi byli goście z My Chemical Romance, tym mocniej wpadali w ramiona chłopaków i dziewczyn ze starannie wymodelowanymi grzywkami zasłaniającymi pół twarzy i jedno oko. Poza tym, czy naprawdę chcieli im się wyrwać?

W swoim trzecim albumie „The Black Parade” z 2006 roku jeszcze bardziej napierali na dramatyczną nutę przywołując śmierć na świadka a muzycznie dublowali styl Green Day. Fani to łyknęli jak pelikan rybę a magazyn The Rock dał płytce TBP pięć gwiazdek, najwyższą notę. Świat staną na głowie a długowłosi rockmani, których ukształtowały takie kapele jak Aerosmith, The Eagles czy Kiss znaleźli się niepokojąco blisko efemerycznej młodzieży, która marzy o śmierci i wolności, co obwieszcza światu za pomocą Facebooka lub Twittera.

To jest właśnie wielkie osiągnięcie My Chemical Romance, za które grupa jest najbardziej znienawidzona i bezwarunkowo kochana. Dali wychudzonym nastolatkom zachłystującym się „Zmierzchem” klucz to muzyki twardej jak kowadło. Nieważne, że ekipa MCR grała topornie a Way nigdy nie nauczył się śpiewać. Zrobili coś dla wszystkich, którzy ich słuchali. I zrobili to dobrze.

REKLAMA

Ostatni album grupy wydany w 2010 roku

"Jako że pożegnania mi nie wychodzą, nie chcę, żeby było to pożegnanie. Ale pozostawię was z jedną ostatnią rzeczą - My Chemical Romance jest zakończone. Ale nie może umrzeć. Jest żywe we mnie, w chłopakach, i jest żywe w każdym z was. Zawsze to wiedziałem i wydaje mi się, ze wy też. Ponieważ to nie jest zespół - to jest idea. Kocham, Gerard Way"

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA