REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Eksperymentów ciąg dalszy, czyli Depeche Mode i „Maszyna Delta”

Jeśli nadchodzący krążek wspiera deklaracja, że będzie on wypadkową dwóch najlepszych produkcji zespołu, to nietrudno o wyśrubowane oczekiwania. Trio z Basildon notorycznie składa lukratywne obietnice, wodząc na pokuszenie kolejne pokolenia fanów. Znów ich dezorientuje, nie przynosząc co prawda rewolucji, a satysfakcjonując ich w znany sobie sposób.

Eksperymentów ciąg dalszy, czyli Depeche Mode i „Maszyna Delta”
REKLAMA
REKLAMA

Mnogość rankingów i zestawień dyskografii Depeche Mode zamiennie żongluje kilkoma tytułami, ale jeśli mowa o absolutnych bestsellerach to bez wątpienia mowa o Violatorze i Songs of Faith and Devotion. Kolejne zapowiedzi w aktualnym czteroletnim cyklu wydawniczym to mimowolne retrospekcje i pobożne życzenia przywołujące osobę Alana Wildera. Kompozycyjne stery wylądowały w rękach wiodącego duetu,  a ostatnie trzy albumy (łącznie z Delta Machine) to wciąż trwająca współpraca z producentem Benem Hillerem.

Od czasu Sounds of the Universe niewiele się zmieniło. Gore ponownie eksperymentuje z syntezatorami wygrzebanymi w czeluściach eBay’a , Gahan nieustannie szlifuje wokal, tym razem gościnnie udzielając go Soulsavers, zaś Andy Fletcher… wciąż trzyma zespół w ryzach. Zresztą stabilizacja została już dawno osiągnięta.

dm2

Wybór nader spokojnej ballady Heaven na promujący singiel wywołał mieszane odczucia, zwłaszcza, że w subiektywnym odczuciu (ujawniony jako pierwszy) Angel wydawał się zdecydowanie lepszą alternatywą (jak to niegdyś z przytupem uczynił Wrong). Intensywny, z przesterowaną partią gitar i dojmującym The angel of love was upon me. Jednak w kontekście całego albumu takowa decyzja była jak najbardziej właściwa, mając na uwadze eksperymenty na pograniczu gatunków.

Otwarcie jest równie niepokojące co w przypadku poprzedniego albumu. Welcome To My World rozpoczyna się dudniącymi, niewyraźnymi dźwiękami (khem, dubstep?), żeby ostatecznie przejść w bardziej gościnne rejony i wokalny duet Gahana i Gore’a. Istotne współgranie tej dwójki jest zauważalne również w Soothe My Soul, przywodząc rytmicznie znanego klasyka – Personal Jesus.

Wspomniane obietnice względem kolejnego Songs of Faith and Devotion spełniają się tylko w jednym względzie – dużo tu zapożyczeń z bluesa i rocka, jak ma to miejsce w Slow. W tej tonacji znakomicie odnajduje się Gahan, który po solowych projektach i wspomnianej ucieczce do Soulsavers wydaje się osiągać wokalną perfekcję. Sięga niej zarówno w jednym z osobistych faworytów albumu – Should be Higher, gdzie nie boi się wysokich rejestrów i wieńczącym krążek, wręcz wyciągniętym z westernu - Goodbye.

Nie ulega wątpliwości, że artystyczne „skoki w bok” wiodącego duetu zespołu, miały wpływ na ostateczny kształt trzynastego studyjnego albumu jakim jest Delta Machine. Podobnie Martin Gore, który odnowił starą znajomość z Vincentem Clarkiem, serwując surowe, zdobiące klubowe parkiety techno (na niezbyt udanym krążku, o enigmatycznym tytule Ssss). Autorskim wyczynem Martina jest The Child Inside, które zdaje się potwierdzać jego minimalistyczną manierę.

REKLAMA

Dokonanie tych wszystkich zabiegów, kolejne lata mariażu z Hillierem i remiksami Flooda  przynoszą doświadczenia podobne, jakie towarzyszyły odsłuchowi  Sounds of the Universe. Z początkowego niedowierzania (w negatywnym tego słowa znaczeniu) do kilkunastu sesji, pozwalających wyłonić poszczególne smaczki. I tutaj w zasadzie kończy się podobieństwo z  SOTU, gdyż Delta Machine w finalnym odbiorze wydaje się zdecydowanie bardziej wyważoną produkcją niż poprzednik.  Znów z lekką dominacją elektroniki, syntezatorowym zapleczem i ucieczkami do bluesa. Odnosząc się do swoich przeszłych dokonań, stawiają też nieopatrznie granicę – po jednej stronie grono, dla którego nowy album będzie niestrawny, bądź całkowicie nieprzyswajalny, po drugiej – fani którzy znów znajdą się w swoim Little Universe.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA