REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Depeche Mode - Delta Machine, czyli grzeczny depesz to zły depesz

Depeche Mode to jedna z tych kapel, o których nie da się pisać bez obawy, że zostanie się zmiażdżonym w komentarzach przez zagorzałych fanów uzurpujących sobie wyłączne prawo do dyskutowania o kultowym zespole. Tym bardziej jeśli recenzuje się kolejną słabą płytę mistrzów.

Depeche Mode – Delta Machine, czyli grzeczny depesz to zły depesz
REKLAMA

"Delta Machine" to NIESTETY właśnie kolejna słaba płyta popularnych Depeszów. Słaba po "Sounds of Universe", "Playing the Angel" i "Exciter". Ostatnim wielkim albumem Depeche Mode był "Ultra" wydany w 1997 r., co niestety każe nam przypuszczać, że zespół ma już najlepsze lata za sobą. Wielka szkoda, bo Depeche Mode to dla wielkiej grupy fanów muzyki coś więcej niż tylko dobra kapela - to wspomnienia, które wywołują kłucie w sercu. Jestem jednym z takich fanów.

REKLAMA

To przykre, ale wychodzi na to, że najlepsze lata Depeche Mode przypadły na wielkie problemy frontmana Dave'a Gahana - ciężkiego uzależnienia od narkotyków i przygnębiającej depresji. Dekada pomiędzy 1987 a 1997, ze szczególnym uwzględnieniem okresu 1990 - 1993 to okres, gdy Gahan był na skraju życia i śmierci. Tak to już często bywa, że tworzy się wtedy najlepsze dzieła. Począwszy od "Music for the Masses", przez fenomenalne "Violator" i "Songs of Faith and Devotion", aż po najbardziej komercyjne "Ultra", Depeche Mode raczyli fanów nie tylko nieprawdopodobnie narkotycznym klimatem swoich dzieł, lecz przy okazji wyznaczali trendy w muzyce elektroniczno-rockowej. Z jednej strony mieliśmy ocierającego się o szaleństwo Gahana, a z drugiej ultra nowoczesne brzmienie programowane przez Martina Gore'a.

Dziś nie mamy z tego już nic. Gahan - jak sam śpiewa - jest "clean", a Gore raczej naśladuje dziś to, co dzieje się we współczesnej muzyce rozrywkowej, a nie wyznacza jej kierunek rozwoju. W rezultacie dostajemy dzieło, które owszem brzmi jak Depeche Mode, ale Depeche Mode odarte z tego, co przez wielką dekadę angielskiego zespołu stanowiło o jego największym wyróżniku - muzycznego zadziora wyśpiewanego przez konającego/cierpiącego/załamanego Gahana. "Delta Machine" to płyta poprawna, ugrzeczniona i niestety nic więcej.

Co jednak niepokoi najbardziej to brak odpowiednio mocnych melodii, które nawet na słabszych płytach w ostatnim czasie nieco broniły całości. Na "Delta Machine" dobrych linii melodycznych jest jak na lekarstwo. Poza singlowym "Heaven", który notabene jak na singla wypada nad wyraz przeciętnie, pod względem melodycznym obronią się jeszcze "Slow", "Soft Touch/Raw Nerve" i "Soothe My Soul". To zdecydowanie za mało, by "Delta Machine" weszła do depeszowskiego kanonu. Nawet tradycyjnie jeden kawałek śpiewany na płycie przez Gore'a ("The Child Inside"), który w przeszłości należał do najmocniejszych stron albumów, tym razem wpisuje się w mdły i mało charakterystyczny charakter całej płyty.

Oczywiście nie jest tak, że na "Delta Machine" nie znajdziemy perełek. Są takie. Na przykład "Angel", który brzmi jak typowy depeszowski zadzior, trochę na wzór genialnego "I Feel You" z "Songs of Faith and Devotion". Albo wspomniany wcześniej "Soothe My Soul" ze świetnym dialogiem obu wokalistów w refrenie, ale to zdecydowanie za mało, by czynić "Delta Machine" płytą wybitną na miarę tych, które wydawane były pomiędzy 1987 a 1997.

REKLAMA

Ugrzecznione, pozbawione dramatu Depeche Mode, które na dodatek nie wyznacza kierunku brzmienia współczesnej muzyki elektroniczno-rockowej jest niestety tylko jednym z wielu.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA