1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Najgrzeczniejszy zespół świata wraca z nową płytą i singlem

Pamiętacie jeszcze Vampire Weekend? Swego czasu było o nich dosyć głośno przy okazji premiery ich debiutanckiej płyty, potem nie przetrwali próby drugiego krążka, a obecnie szykują się do triumfalnego powrotu.

Najgrzeczniejszy zespół świata wraca z nową płytą i singlem

Ten nastąpi już 6. maja wraz z premierą ich najnowszego albumu, “Modern Vampires of the City”. Płytkę można pre-orderować na iTunes już teraz - wówczas oczekiwanie umili nam jeden z nowych utworów zespołu, “Diane Young”, który będzie można sobie pobrać do itunesowej biblioteki zaraz po uiszczeniu opłaty za cały krążek. Nowy singiel pojawił sie także do odsłuchania w serwisie YouTube, gdzie zresztą znajdziemy także drugą singlową śnieżynkę, “Step”. Jeśli nie przepadacie za ekosystemem Apple, zaklepać “Modern Vampires...” można także bezpośrednio na stronie dystrybutora, XL Records.

Pytanie tylko, czy warto. Single są całkiem udane i pokazują różne oblicza tej nowojorskiej ekipy - lekkie, przebojowe i z lekkimi znamionami nieprzewidywalności w “Diane Young” oraz bardziej melancholijne, spokojne i ułożone w “Step”. Życzyłbym sobie, by nowy album Vampire Weekend powędrował stylistycznie raczej w kierunku wyznaczonym przez ten pierwszy kawałek, bo choć trudno tu mówić o rewolucji w brzmieniu tej ekipy, to on przynajmniej zostaje w pamięci, m.in. dzięki tym dziwacznym efektom, jakim poddany zostaje zupełnie znienacka głos wokalisty w pewnym momencie, ale także potężnej dawce punkowej wręcz energii i wpadającej w ucho melodii.

Natomiast słuchając drugiego z udostępnionych utworów, miałem dokładnie takie same odczucia, jak przy odsłuchu “Contry”, drugiej płyty nowojoroczyków - niby wszystko jest w porządku, piosenki bujają, słucha się miło... ale jakoś to wszystko takie mdłe, przecukrzone i zwyczajnie bez wyrazu. Zapominałem o “Contrze” jeszcze zanim skończyłem jej słuchać i zapominam błyskawicznie także “Step”, bo niestety pod bardzo dobrą produkcją, aranżacyjnymi smaczkami i dopieszczonym brzmieniem nie kryje się zupełnie nic.

I taki jest też problem z Vampire Weekend - mimo sporego hype’u przy okazji debiutu, to w gruncie rzeczy przeciętny zespół wykonujący przeciętną muzykę, okazjonalnie potrafiący napisać przebojowy, skrzący się hookami utwór, ale też i całkowicie uśpić słuchacza innym razem. Ale z drugiej strony, nie wydaje mi się, żeby chłopaków było stać na wzniesienie się powyżej poziomu całkiem sympatycznego, niewadzącego nikomu bandu.

vv2

Tylko spójrzcie na nich, to zwyczajnie grupka sympatycznych, dobrze ubranych i równo przystrzyżonych chłopaków, którzy śpiewają o pierdołach w rytm swoich bogato aranżowanych, inspirowanych afro-popem, lekkich piosenek i tyle. Nie zobaczycie ich za parę lat w zestawieniu indie-rockowych ikon po roku 2000 obok zapijaczonej gęby Pete’a Doherty’ego czy wiecznie naburmuszonych członków The Strokes, nie napotkacie żadnej płyty Vampire Weekeknd w zestawieniach najważniejszych albumów muzycznych dekady i nikt raczej nie będzie z nabożnym podziwem wymieniał tej czwórki w ramach swoich największych inspiracji. Ale może w tym braku szaleństwa jest metoda? W końcu ten bezpretensjonalny wizerunek, brak zmanierowania, szczerość przekazu, jakie wreszcie wyszły na wierzch, gdy tylko opadły zachwyty dziennikarzy muzycznych (niepotrzebnie tylko wytwarzające niezdrową presję wokół zespołu) to ich siła i szczerze mówiąc, jeden z głównych elementów, jaki ciągle każe mi trzymać za Vampire Weekend kciuki.

Nie ma co się oszukiwać - “Modern Vampires of the City” nie przyniesie żadnych zmian w tej materii. Dostaniemy dokładnie tę samą porcję lekkostrawnego indie popu, co poprzednio,  ale o ile uda im się zaskoczyć słuchacza choćby małymi rzeczami - jak przy okazji “Diane Young” - to z przyjemnością zmarnuję trochę czasu na tę nieinspirującą, odtwórczą i pozbawioną ambicji muzykę.

vv3