REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Bufor do Reznora, czyli przyzwoita płyta z mocnym smaczkiem

Warto było czekać. Chociaż odnośnie How To Destroy Angels pojawiało się wiele wątpliwości, a i Reznor jakiś taki trochę inny, i klimat też, to "Welcome Oblivion" nie rozczarowuje. Przysłowiowego tyłka też nie urywa, ale w pewnych momentach od krążka bije emocjami - takimi, jakie powstać mogą tylko między kochającymi się ludźmi.

Bufor do Reznora, czyli przyzwoita płyta z mocnym smaczkiem
REKLAMA

Trent Reznor wielkim muzykiem jest i basta! Nine Inch Nails to już legenda i do dziś gdy spotka się dwóch fanów to tworzy się między nimi nierozerwalna więź emocjonalna. Co jednak gdy Trent zbacza? Wtedy powstaje How To Destroy Angels.

REKLAMA

Ten projekt muzyczny wydawał wcześniej EP i single, ale w końcu doczekaliśmy się płyty. Płyty, która nie wnosi kompletnie nic nowego, nie łamie żadnych norm, nie powala na kolana, nie zachwyca, nie wzbudza skrajnych emocji. I bardzo dobrze. Nie o to chodziło.

"Welcome Oblivion" to zbiór elektroniczno--reznorowych, powykręcanych dźwięków, najczęściej z wokalem jego żony, Mariqueen. Właśnie ten czysty, przeciętny brzmieniowo, ale poprawny wokal nadaje smaczku całej płycie. Do bólu proste kompozycyjnie i melodycznie "Ice Age", mocno nineinchnailsowe "Too late, all gone", chwytliwe "How long" (słuszny singiel) czy w końcu subtelne, bardzo intymne wyznanie miłosne "Strings and attractors" tworzą najbardziej nośny, przystępny trzon "Welcome Oblivion".

Instrumentalne "The wake-up" i "Hallowed Ground" czy nieco pokręcone "Recursive self-improvement" oraz lepsza lub gorsza reszta nadają ton, bardzo charakterystyczny dla projektów Reznora. Ważne, że na całym albumie słychać, że powstawał we współpracy z Atticusem Rossem, z którym Reznor wygrał Oscara za ścieżkę dźwiękową do The Social Network.

Fanów Nine Inch Nails "Welcome Oblivion" pewnie rozczaruje. Jest za lekki i za bardzo przystępny. To jednak nie wada, to zaleta. "Welcome Oblivion" mógłby służyć jako wprowadzenie do Nine Inch Nails i starszej twórczości Reznora jako bufor chroniący przed lekkim szokiem.

REKLAMA

Mimo braku przełomowości, mimo wtórności, jest to po prost dobry album. Najpiękniejsze jest w nim to, że momentami da się wyczuć łączące Reznora z Mariqueen uczucie, i chyba to stanowi najbardziej o jego uroku.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA