REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Książki

Życie Pi - w dzisiejszych czasach łatwiej o Oscara niż o dobrą książkę...

Największą liczbą zdobytych Oscarów - aż czterema, w tym roku może poszczycić się Życie Pi. Słów uznania dla produkcji nie brakuje. Zabraknąć nie powinno także pochwał dla reżysera, Anga Lee, który zdołał stworzyć coś z niczego - z męczących 100 rozdziałów, produkcję, która odniosła ogromny sukces.

Życie Pi autorstwa Yanna Martela to powieść nienowa, istniejąca już od 12 lat. Od całkowitego odejścia w zapomnienie uchronić mogło ją jedynie coś spektakularnego i tym czymś okazała się barwna ekranizacja. Film tchnął w książkę nowe życie - choć nużąca tak samo jak przed laty, odrodziła się w świadomości czytelników. Ba, znacząco poszerzyła grono swoich wiernych fanów. O ile jednak walory estetyczne produkcji nietrudno dostrzec, dopatrzenie się pozytywów w wersji literackiej nie jest zadaniem łatwym.

Oscarowy faworyt - książkowy banał - sPlay.pl
REKLAMA
REKLAMA

Pamiętacie zakład Pascala - ten, z którego wynika, że wiara w Boga opłaca się znacznie bardziej, niż niewiara? Piscine Patel, główny bohater Życia Pi też pamiętał i nieco przesadził z interpretacją, albo po prostu był wyjątkowo niezdecydowanym młodzieńcem. Zamiast do jednego Boga, modlił się do trzech. Byłby to zabieg całkiem zrozumiały biorąc pod uwagę konieczność prowadzenia walki o przetrwanie na środku oceanu przez kilka miesięcy. Jednakże Piscine pociąg do wielobóstwa odkrył w sobie znacznie wcześniej, jeszcze zanim choćby pomyślał o podróży feralnym statkiem. Brzmi zachęcająco? A to zaledwie jeden ze smaczków zaserwowanych przez Yanna Martela.

Najpierw jest dzieciństwo tytułowego Pi, szczegółowa charakterystyka zwierząt zamieszkujących ogród zoologiczny, prowadzony przez rodziców chłopca oraz opis niekonwencjonalnego pomysłu na życie duchowe. Po takim wstępie czytelnik z wielką ulgą przyjmuje początek dramatu rozgrywającego się na Oceania Spokojnym. W końcu coś się dzieje. Kilkumiesięczne dryfowanie po niebezpiecznych wodach jawi się jako najlepsza część książki, co w praktyce oznacza tylko trochę mniejszą chęć własnoręcznego utopienia głównego bohatera. Nienajlepszy wynik, jak na powieść o randze bestsellera.

REKLAMA

Na kolejnych stronach Życia Pi patos zderza się z brutalnością walki o byt. Zwierzęta towarzyszące człowiekowi zabijają się nawzajem. Aż, nieco niespodziewanie, pojawia się tygrys, tym samym ratując życie Piscine'a. Tym sposobem chłopiec i jego wielki kotowaty przyjaciel z Bangladeszu, Richard Parker, zostają sami. Razem płyną w nieznane, utrzymując się przy życiu tylko dzięki obecności drugiego. Pi dzieli się z odbiorcami swoimi z pozoru górnolotnymi, w rzeczywistości pustymi refleksjami. Banał goni banał. Postać głównego bohatera jest niemal całkowicie pozbawiona realizmu, zamiast sympatii wzbudza irytację i poczucie niezrozumienia.

Głębia przesłania? Brak. Życiowe prawdopodobieństwo? Brak. Baśniowość? Owszem, szczególnie w chwilach odgryzania nogi zebrze przez hienę. Elementy wychowawcze? Jak najbardziej - jak wtedy, gdy ojciec Pi karmi głodzonego wcześniej tygrysa bengalskiego rozpaczliwie walczącą o życie kozą na oczach swoich kilkuletnich dzieci. Po co? By zrozumiały, że nie należy wkładać rączek przez kraty. Życie Pi to oderwana od rzeczywistości historia, w którą przemocą wtłoczono elementy okrutnie realistyczne. To w połączeniu z filozoficznymi wywodami, mało interesującym stylem autora oraz wyjątkowo słabymi dialogami składa się na niegodną uwagi całość. Nieczęsto zdarza się, że film pod jakimkolwiek względem przebija książkę - jednak w tym wypadku lepiej poświęcić czas na produkcję Anga Lee.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA