1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Open’er Watch #1: Tame Impala, wasz nowy ulubiony zespół

Open’er Watch #1: Tame Impala, wasz nowy ulubiony zespół

Kolejna edycja Open’er Festivalu już za niecałe 4 miesiące, warto zatem przyjrzeć się, jakich to artystów będzie można zobaczyć na scenie w Gdyni. Tym bardziej, że z każdym tygodniem lista będzie się powiększać, więc warto być na bieżąco.

Zaczynamy od jednego z najciekawszych gości tegorocznego festiwalu, którego zaproszenie świadczy o tym, że odpowiedzialni za to naprawdę trzymają rękę na pulsie – Tame Impala to bowiem obecnie tak elektryzująca nazwa, że masa ludzi wybierze się na festiwal chyba tylko po to, by zobaczyć na żywo właśnie ich, zresztą pierwszy raz w Polsce.

tameimpala2

Napisałem „ich”, ale jest to lekkie nadużycie, bo choć na koncercie zobaczycie regularny zespół z klasycznym instrumentarium, to mózgiem i sercem projektu jest jedna osoba – wybitnie utalentowany 26-latek, Kevin Parker. Wszystko zaczęło się od rozpadu pierwszej grupy Kevina, założonego w Australii The Dee Dee Dums – Parker wówczas zebrał nową grupę muzyków i zaczął działalność pod szyldem Tame Impala. Trzy lata po założeniu, w 2010 roku, wydana została debiutancka płyta grupy – „Innerspeaker”. Album okazał się prawdziwą rewelacją, która nieźle namieszała na rynku. Został bardzo wysoko oceniany przez krytyków, a zespół zebrał sporą grupę wiernych fanów, zafascynowanych psychodelicznym brzmieniem, łączącym rockowe riffy i szaloną elektronikę, a także dopracowaną, wymuskaną produkcję i spontaniczny jamming, wszystko będące pomostem między późnymi Beatlesami, a znanym miłośnikom alternatywnej muzyki szwedzkim Dungen. „Innerspeaker” był jak psychodeliczna wycieczka prosto w lata 60-te i 70-te, przy jednoczesnym bardzo efektywnym korzystaniu z dobrodziejstw nowoczesnej produkcji. Sprawdźcie sami, bo zdecydowanie warto: Spotify, Deezer, iTunes.

Dwa lata potem, światło dzienne ujrzał album „Lonerism” i, jak to się kolokwialnie mawia, pozamiatał albo jak kto woli, nieźle skopał wszystkim tyłki. Płyta była zwyczajnie kontynuacją kierunku obranego na poprzedniczce, ale – co się rzadko zdarza – robi wszystko lepiej. Jest głośniej, jest bardziej melodyjnie, jest jeszcze bardziej psychodelicznie, a wycieczki po najbardziej zakręconych rejonach muzycznego eskapizmu do czasów świetności Sierżanta Pieprza i powszechnego dawkowania sobie rozmaitych halucynogennych substancji, są jeszcze bardziej – nomen omen – uzależniające. „Magical Mystery Tour” spotyka tu pierwszą płytę Black Sabbath, a tłuste, mięsiste riffy przeplatają się z ciepłym brzmieniem syntezatorów. Słychać echa Led Zeppelin, słychać odniesienia do amerykańskiej psychodelii z lat 60-tych w rodzaju Grateful Dead, ale wszystko zostało zamknięte klamrą nowoczesnej produkcji, gdzie miks potrafi dać słuchaczowi odrobinę przestrzeni, ale też przyłożyć gęstą magmą przesterów i riffów.

Nic więc dziwnego, że w okolicach końca 2012 oczywistym stało się, że Australijczyk nagrał prawdziwe dzieło sztuki, które zapewne stanie się jednym z muzycznych symboli tej dekady, a już na pewno zasługuje na miano najlepszego krążka roku 2012, zostawiając daleko w tyle takie sławy muzyki alternatywnej, jak Animal Collective (o którym w ramach tego cyklu powiemy sobie już niedługo) czy Ariel Pink. I jeśli jeszcze nie mieliście okazji się z tym cudownym, narkotycznym dźwiękowym kolażem zapoznać, to rozpatrujcie to w kategoriach niewybaczalnego zaniedbania, które czym prędzej należy nadrobić: Spotify, Deezer, iTunes.

tame 3

Jestem bardzo ciekawy, jak Tame Impala wypadnie na żywo – jeśli uda im się uwolnić entuzjazm i energię ze swoich wydawnictw studyjnych, to zdecydowanie można być spokojnym o jakość  tego występu. I jeśli nigdy nie zetknęliście się z muzyką Kevina Parkera, macie okazję się z tymi dwiema płytkami zaprzyjaźnić – gwarantuję, że za te 4 miesiące Tame Impala przyjedzie do Polski już jako wasza ulubiona grupa.