1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Gry

Sprzedaż używanych gier cyfrowych - brzmi idiotycznie? Może wejść w życie i mieć się dobrze!

Nasi sąsiedzi, którym wcale nie pamiętamy wydarzeń z dawnych czasów, ani którym nie zazdrościmy ani kilometra autostrady, są znani między innymi z porządku i ścisłego przestrzegania prawa. Tym razem ze względu na to, że ordnung muss sein, oberwało się Valve. Niemiecka Federacja Konsumencka oburzyła się na platformę Steam, która nie daje prawa do odsprzedawania zakupionych gier. Prawa, które w świetle ustaw ichniego rządu powinno najnaturalniej obowiązywać.

91140-steam-steam-wallpaper-circles

Może okażę malkontentem i wapniakiem, mówiąc w sposób nie do końca pozytywny o tej całej cyfrowej dystrybucji i wszystkich jej dodatkach, włącznie z DLC, mikropłatnościami i koniecznością rejestracji internetowej wszystkich licencji. Owszem, jestem jej uczestnikiem, ale to głównie ze względu na Google Play i całą masę rewelacyjnych pozycji na tablety, za które nierzadko aż chce się płacić. Mimo wszystko, stare czasy kopały po tyłku – nie tylko ceną, ale i klasą i jakością. Co prawda za pierwszego Baldur's Gate trzeba było zapłacić coś koło dwóch i pół stówek (tyle samo zresztą za Age of Empires), ale lokalizacje na poziomie legendarnego już Fronczewskiego zapadają w pamięć na lata. No i te wielkie pudła, pierwsza klasa, także pod względem zbierania kurzu.

I szczerze dość mam robienia mnie w balona przez wszelkie formy digitalizacji, wirtualnych portfeli czy szybszej przemiany materii postaci w RPG za symboliczną opłatę. Dzisiaj to ze mnie robi się naiwniaka i frajera, bo nie kupuję kota w worku przed premierą, tylko chcę wcześniej zapoznać się z opiniami i recenzjami, a dopiero potem władować sporą część wypłaty na grę. Sam na tym tracę, bo ograniczam sobie dostęp do bajerskich nowych oficjalnych mundurów polskich sił specjalnych w trybie wieloosobowym. Nie żebym kiedykolwiek chciał skorzystać z kamuflażu typu polski las walący sosną i prawdziwkiem, ale poczucie posiadania niepełnego produktu pozostaje.

Dlaczego to mówię? Bo mimo wszelkich wyłudzających kasę praktyk dystrybucji cyfrowej, jestem bliski do zauważenia jej naprawdę dużego pozytywu. I to właśnie przez niemieckie prawo starające się wyegzekwować ponowną sprzedaż zakupionej wirtualnie gry. Pardon, zakupionej licencji, bo to właśnie ona stanowi produkt – i jako taka, nie może być tak naprawdę „używana” w sensie zużycia. No bo niby jak? Można niby kombinować, że tytuł ponownie przechodzony na tym samym koncie nie nabija nam aczików, ale więcej z tego mogłoby być oburzenia, niż pożytku. Jedyną opcją zdaje się odsprzedanie licencji prawowitemu właścicielowi, czyli wydawcy/producentowi programu.

Czy w takim wypadku dystrybucja cyfrowa przemieni się ze sklepu w wypożyczalnię? Nie byłby to znowu taki zły pomysł. W końcu gry zarówno fizycznie zalegają na półce, jak i często czekają w nieskończoność w kolejce do ponownego przejścia. A nie oszukujmy się, mało która z nich jest tak genialna (chyba, że mówimy o Vice City), żeby męczyć się z nią po raz wtóry. Od ośmiu lat obiecuję sobie, że znowu zainstaluję absolutnie wybitną Najdłuższą Podróż. Natomiast czasu brak, a na horyzoncie są tytuły nowsze i bardziej atrakcyjnie chociażby wizualnie i dorównujące fabułą (The Walking Dead FTW!). Czyżby handel używaną licencją okazał się strzałem w dziesiątkę? Jeśli przejdzie, może mieć całkiem spore grono zwolenników