1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Zmarnowany potencjał na cult classic (Abraham Lincoln: Łowca Wampirów - recenzja filmu)

Zmarnowany potencjał na cult classic (Abraham Lincoln: Łowca Wampirów – recenzja filmu)

Na ekranach polskich kin zobaczyć już można groteskowo wręcz pompatyczny film "Lincoln" w reżyserii Stevena Spielberga, starający się w możliwie jak najbardziej czołobitny sposób przedstawić młodym pokoleniom Amerykanów jedną z ważniejszych postaci ichniejszej historii.

16. prezydent USA to postać bardzo interesująca, mająca zarówno jasną, jak i ciemniejszą, bardziej kontrowersyjną stronę, choć zazwyczaj traktowany jest jako chodzący symbol pewnych idei - wolności jednostki, jedności państwa i tak dalej (i pozwolę sobie pominąć kontrowersje wokół osoby Lincolna w tym względzie, aczkolwiek zachęcam do zgłębienia odpowiedniej literatury - osoba samego prezydenta i kulisy wojny secesyjnej są o niebo bardziej skomplikowane i ciekawe, aniżeli obiegowe opinie na ten temat, a stosunek samego Abe’a do niewolnictwa wcale nie był. tak jednoznaczny, jak się wielu wydaje). Nieco wcześniej jednak, w iTunes Store, a także na fizycznych nośnikach (pozostaje mieć nadzieję, że inne serwisy VOD zwęszą okazję i też niedługo wprowadzą film do swojej oferty) pojawiła się zeszłoroczna premiera, "Abraham Lincoln: Vampire Hunter", traktująca temat “odrobinę” luźniej i z dosyć oryginalnej perspektywy. To dobra wiadomość. A zła? To również nie jest do końca udany film...

Reżyser Timur Bekmambetow, do tej pory znany głównie jako autor przepełnionej akcją, oryginalnej i fantastycznej (w dowolnym tego słowa znaczeniu) "Straży nocnej" i "Straży dziennej" oraz naprawdę zabawnego pastiszu kina akcji "Wanted - Ścigani", zabrał się za zekranizowanie powieści Setha Grahame-Smitha, który oprócz historii polującego na wampiry Lincolna, ma na koncie np. przerobienie "Dumy i uprzedzenia" Jane Austen na opowieść o ataku zombie. Całość natomiast firmuje swoim nazwiskiem producent Tim Burton. Brzmi co najmniej intrygująco, prawda?

Efekt końcowy niestety nie przekonuje. O ile Bekmambetow jest w swoim żywiole, całkiem sprawnie prezentując nam masę scen akcji, przeładowanych rozmaitymi pojedynkami, pościgami, rzucaniem gdzie popadnie ostrymi narzędziami, i tak dalej, to nie potrafi poradzić sobie niestety z dwoma elementami, które zwyczajnie niweczą tutaj jego wysiłki.

Pierwsza kwestia, to efekty specjalne i ogólnie oprawa wizualna - film zwyczajnie wygląda strasznie tanio, co widać szczególnie w kulminacyjnych scenach, gdzie greenscreen zamaskowany ogromną ilością dymu okropnie rzuca się w oczy. Do tego dochodzi jeszcze wszędobylskie cgi, również strasznie kłujące w oczy i zdecydowanie zbyt częste bazowanie na efektach komputerowych podczas walk (oczywiście krew też jest syntetyczna). Nie jestem jakimś purystą w tym względzie, to nie tak, że oczekuję nie wiadomo czego przy tym budżecie, wręcz przeciwnie - film o takim campowym posmaku aż prosiłby się o bardziej tradycyjnie wykonane efekty specjalne, wzorem klasyków pokroju "Od Zmierzchu do świtu", czy nawet oryginalnego "Fright Night", co moim zdaniem ładnie komponowałoby się tez z pseudo-historycznym charakterem filmu. Ale to tak naprawdę nie jest aż tak istotne, bowiem drugą rzeczą, której Bekmambetow nie potrafił przeskoczyć, jest słaby scenariusz.

Nawet gdyby oprawa wizualna była doskonała, a reżyser przechodził samego siebie, na niewiele by się to zdało przy tak nędznie napisanym skrypcie. Nie wiem jakim pisarzem jest Seth Grahame-Smith, ale wnioskując po "Abrahamie..." i "Mrocznych Cieniach" Burtona, za które również odpowiada, gość jest zwyczajnie słabym scenarzystą. W obu przypadkach popełnił te same błędy i oba filmy zawiodły właśnie z tego powodu. Smith zupełnie nie potrafi nadać skryptowi spójnej formy, jego historie są pozbawione linearności, takiego kręgosłupa, który byłby kanwą dla całej fabuły. Stanową raczej zlepek słabo powiązanych wątków, często różniących się zupełnie wymową i atmosferą, z których od jednego do drugiego, bez ładu i składu przerzucany jest widz. Do tego dochodzi naprawdę suchy humor i nieumiejętność nakreślenia ciekawych bohaterów, którzy choć nie są czarno-biali w swoich charakterach (co doceniam), to z drugiej strony nie mają tego czegoś, czym mogliby sobie zyskać moją sympatię. Z tego powodu gdzieś w połowie filmu zupełnie straciłem zainteresowanie wydarzeniami rozgrywającymi się na ekranie i oglądałem sekwencje kolejnych scen niemal beznamiętnie.

Celowo nie chcę tu przybliżać fabuły "Abrahama Lincolna: Łowcy Wampirów", byście mieli chociaż minimum rozrywki podczas oglądania, tym niemniej umówmy się - nie jest to najmocniejszy punkt tego filmu i wcale nie ze względu na ten absurdalny wątek wampirów, bowiem w zasadzie on akurat trzyma się kupy bardziej niż cała reszta.

Na plus mogę policzyć kostiumy i grę aktorską, która nie jest może wybitna (choć nie sądzę by ktokolwiek się tu tego spodziewał), ale widać, że część aktorów doskonale bawiła się na planie. Jestem ogólnie wielkim fanem Mary Elizabeth Winstead i zawsze dobrze mi się ją ogląda w każdej roli, w jakiej się pojawia (nawet w tym fatalnym remake'u/prequelu "The Thing"), choć jakimś cudem w tym filmie wygląda jakoś gorzej niż zwykle - może to kwestia fryzury czy make-upu, nie mam pojęcia. I wybaczcie, że rozpisuje się tu o wyglądzie jak typowa męska świnia, ale uwierzcie mi, że gdyby scenariusz na to pozwalał, z wielką przyjemnością pisałbym o udanej roli tej aktorki - niestety ani ona, ani żaden z aktorów nie bardzo miał okazję się wykazać.

Wbrew temu wszystkiemu, czasu spędzonego na oglądaniu tego filmu wcale nie żałuję - to solidna rozrywka, co prawda średnio angażująca, ale sympatyczna i zrobiona na luzie, choć i tu moim zdaniem ukazano Lincolna momentami nieco zbyt posągowo, jak na mój gust (bowiem ten wcale nie spędza całego czasu ganiając z toporkiem za krwiopijcami, w międzyczasie znajduje czas, aby pochylić się i zmarszczyć czoło nad problemem niewolnictwa czy przebiegiem wojny). Ale jasne, pomijając temat wampirów rzecz jasna, nie o fakty historyczne przecież chodzi, tym bardziej, że tutaj - w przeciwieństwie do laurki Spielberga - nikt tego chociaż nie udaje. Natomiast w kategoriach nie do końca poważnego filmu akcji z horrorowymi motywami, znalazłoby się kilka lepszych pozycji (choćby brytyjskie "Lesbian Vampire Killers", "Shaun of the Dead", amerykańskie "Tucker & Dale vs Evil" czy na przykład "Cabin in The Woods" - choć to trochę inna półka), jednak i tak warto Abrahama Lincolna ubijającego wampiry zobaczyć, choćby z ciekawości, jeśli nie boli was takie twórcze potraktowanie historycznych postaci. Bekmambetow to co prawda nie jest Tarantino, brak tu takiego polotu i odwagi, ale myślę, że w ramach luźnego seansu ze znajomymi i niskoprocentowym napojem alkoholowym w dłoni, "Abraham Lincoln: Łowca Wampirów" sprawdzi się całkiem nieźle.