1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Z deszczu pod rynnę czyli will.I.am (znowu?) na szczycie

Z deszczu pod rynnę czyli will.I.am (znowu?) na szczycie

Z nieukrywaną ciekawością śledziłem ranking najczęściej pobieranych utworów z polskiego iTunes, gdzie od dawna rządził niepodzielnie ekstremalnie popularny utwór Ona tańczy dla mnie polskiego zespołu Weekend.

Ostatnio jednak okazało się, że najwyraźniej każdy użytkownik sklepu Apple, który nie uciekał z krzykiem na dźwięk tej chodnikowej muzyki już zdążył kawałek pobrać i ten spadł na trzecie miejsce w zestawieniu, wyprzedzony przez nowy singiel grupy Depche Mode i... Britney, bitch. Ano właśnie, na pierwszym miejscu zameldował się utwór "Scream & Shout" zwiastujący niczym anioł śmierci nowy solowy album niejakiego will.I.ama, architekta sukcesu i upadku grupy The Black Eyed Peas. Do współpracy nad tym singlem, will.I.am zaprosił Britney Spears, wciąż desperacko próbującą zaznaczyć swoją obecność na rynku muzycznym.

Oboje wykonawców nie może się w ostatnich latach pochwalić znaczącymi sukcesami. Britney Spears znalazła co prawda wygodną posadkę w roli sędziego w drugiej serii amerykańskiej edycji X-Factor, która zagwarantowała jej stały przypływ konkretnej gotówki i sprawiła pewnie, że szeroka widownia wciąż o niej nie zapomina, ale ani płyta "Blackout", ani "Circus", ani "Femme Fatale" nie nawiązały w najmniejszym choćby stopniu do najlepszych lat jej kariery i szczerze mówiąc, niespecjalnie chce mi się wierzyć, że gwiazda Britney rozbłyśnie jeszcze kiedykolwiek tak jasno, jak choćby te 10 lat temu. Z kolei will.I.am...

Ach, o tym człowieku można by pisać całe elaboraty. Będąc liderem, producentem, autorem muzyki i rzecz jasna wokalistą grupy The Black Eyed Peas, wydał na świat stosunkowo dużą liczbę okupujących listy przebojów hitów i... mniej więcej tyle samo kawałków tak złych, że aż trudno uwierzyć, iż ktokolwiek zgodził się na ich wydanie. Największe sukcesy BEP przypadły na okres wydania płyt "Elephunk" i "Monkey Business", grze zaczęła się udzielać wokalistka Fergie, a sam styl zespołu zawędrował od bardziej alternatywno-hip-hopowych klimatów w okolice bardzo przystępnego radiowego popu. Już wtedy rzucał się w oczy (a w zasadzie uszy) fakt, iż piosenki Black Eyed Peas są... strasznie głupie, ale to akurat wcale nie było wcale wadą, bowiem z nieskomplikowanymi tekstami o niczym szły w parze wpadające w ucho melodie, a głupawe i niekiedy prymitywne refreny wwiercały się w mózg niemal natychmiast. I choć zdarzały się grupie wpadki w postaci np. "My Humps", jednego z najgorszych utworów, jakie było mi dane słyszeć w życiu, to ogromną większość można wspominać w najgorszym przypadku jako guilty pleasure, tym niemniej nie sądzę, by ktoś wspominał słuchanie wówczas Black Eyed Peas ze wstydem.

Wszystko zmieniło się po wydaniu kolejnej płyty, "The E.N.D.", gdzie muzyka grupy stała się wręcz autoparodią. Szczerze mówiąc nawet ciężko mi cokolwiek powiedzieć o takich utworach jak "Imma Be" (który w jakichś 80% opiera się na powtarzaniu tytułu utworu jak zdarta płyta) czy "Boom Boom Pow", gdzie Fergie tłumaczy nam, że jest so 2008. Cała płyta utrzymana jest w futurystycznym klimacie, co wg will.I.ama oznacza absurdalne wręcz ilości auto tune-a, brak melodii i teksty kompletnie o niczym. Serio, o ile już wcześniej warstwa tekstów utworów BEP nie była specjalnie skomplikowana, to chociaż łatwo było się domyślić o co w ogóle chodzi - tutaj nie ma takiej opcji, te teksty to po prostu pseudofuturystyczny bełkot. Wyjątkiem na całej płycie jest "I Gotta Feeling", który to nie tylko ma nieskomplikowany i absurdalnie wręcz idiotyczny, ale w miarę zrozumiały tekst, ale i wpadającą w ucho melodię, dzięki czemu można całość przełknąć w miarę bezboleśnie. Cała reszta nadawała się jednak do kosza i The Black Eyed Peas z sympatycznej popowej formacji, zamienili się w kuriozalną muzyczną ciekawostkę.

Na tym jednak nie koniec, bowiem niedługo potem premierę miał nowy krążek, "The Beginning", a ciut wcześniej pierwszy singiel, "The Time (Dirty Bit)". Pamiętam moment, gdy pierwszy raz odsłuchałem tego... czegoś, zupełnie jakby to było dziś. Serio, pierwsze wrażenie jest nie do opisania, pozwólcie więc, że zamiast opisać wam ten muzyczny holokaust, oddam głos will.I.amowi i jego kompanom.

Po tym kilkuminutowym horrorze dałem sobie spokój z jakąkolwiek twórczością tej grupy.

W międzyczasie will.I.am ciężko pracował nad solową działalnością i gdzie by się nie pojawił, to efekt końcowy był co najmniej opłakany. Nagrał np. fatalny solowy album "Songs About Girls" z kuriozalnym singlem "I Got It From My Mama", wystąpił w jednym z najgorszych komiksowych filmów wszech czasów, "X-Men Origins: Wolverine", pojawiał się też gościnnie na albumach innych artystów, zawsze w ramach piosenek, które brzmiały jak niedokończone, absurdalne muzyczne pomysły, porzucone mniej-więcej w połowie drogi i poskładane do kupy na szybko. Posłuchajcie na przykład "OMG" z płyty Ushera (i panowie, spróbujcie kiedyś na jakiejś kobiecie tekstu “honey, you got booty like pow pow pow”, koniecznie!):

No i teraz na dniach ma się pojawić nowy solowy album naszego artysty, który zdaje się ciągle być na tym dziwnym etapie swojej kariery, gdy wydaje mu się, że popularny popowy utwór można złożyć z całkowicie losowych elementów posklejanych możliwie najbardziej odpychającym bitem i samplami z całkiem innej bajki.

I... najwyraźniej ma rację, biorąc pod uwagę, jakim hitem okazał się nagrany razem z Britney "Scream & Shout". Zresztą, szczerze mówiąc, nie uważam, by temu singlowi było blisko do najgorszych rzeczy, jakie spłodził will.I.am i choć po pierwszym przesłuchaniu pomyślałem, że to kolejny koszmarek tego artysty, tak po usłyszeniu go już kilkanaście razy, bardziej przychylam się do stwierdzenia, ze to całkiem solidny klubowy banger i faktycznie wpada w ucho - co jest zasługą bardzo fajnego refrenu, naturalnie opartego o jedno powtarzane do znudzenia zdanie. W zasadzie mógłby to być naprawdę dobry popwy kawałek, gdyby nie cała reszta... Britney, mając może nie najlepszy, ale jak najbardziej charakterystyczny głos, brzmi całkowicie syntetycznie (w zasadzie cały czas zastanawiałem się, co mi jej wokal przypomina i chyba najbliżej byłoby odpowiedzi “gejowski brat C-3PO”), przywodzący najgorsze skojarzenia (Dirty Bit) bit służący jako tło dla linijek Britney wchodzi w którymś momencie z gracją młota pneumatycznego, a całości dopełniają pasujące jak pięść do nosa sample, min. pseudo-narracja znowu przypominająca mi te najgorsze dokonania BEP (mam na myśli ten gruby męski głos, jaki był nadużywany także w kawałkach na "The E.N.D.") i naprawdę komiczne “Britney, bitch!”, wzięte zdaje się z utworu "Gimme More" tej wokalistki.

Ale cóż, czy chcecie czy nie, będziecie słyszeć ten kawałek coraz częściej i częściej, na każdym parkiecie i w każdej popularnej stacji radiowej. Kto wie, może nazwisko Birtney Spears wciąż jest na tyle elektryzujące, by zapewnić całkiem przeciętnej piosence ogromną popularność? Swoją drogą, po okupowaniu pierwszego miejsca przez "Gangnam Style", Weekend czy will.I.ama, aż boję się, co wskoczy na szczyt następnym razem. Bo przecież nie Depeche Mode czy David Bowie, prawda?