1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Zrzędzenie starego piernika

Siedział na wytartym i spróchniałym nieco, na dodatek wygryzionym przez wygłodniałe szczury, fotelu, zaciągając się raz po raz kunsztownie wyrzeźbioną fajką. Kłębek dymu unosił się nad siedliskiem rozumu wcale nie tak starego jegomościa, którego twarz przybrała grymaśny wyraz. Dziwaczne wydawać się mogło, że patrzył zmęczonymi ślepiami w rozpalony naprzeciw średniowieczny kominek, ale jeszcze osobliwsze było to, iż zastanawiał się wnikliwie nad sensem istnienia wirtualnych strzelanek.

Nie wiem, być może uznacie to za objaw "nagłego zdziadzienia". Ale "egranizacja" wyśmienitego kina gangsterskiego z Marlonem Brando w roli tytułowej była powodem na wyrażenie jakże krótkiej sentencji - "bezwartościowe strzelanki". Czy może raczej "bezmózgie", co by rzec trafniej. Po - prawie że - jej skończeniu, musiałem, tak po prostu, ponarzekać na wskroś złe, bezwartościowe strzelanki próbujące być, ale za bardzo im to nie wychodzi, wartościowymi produktami służącymi dobrej rozrywce.

Autoportret sfrustrowanego jegomościa.

Nie wiem też, jaki cel postawili sobie "Elektronicy". Wierne odwzorowanie filmu i powieści? Czy po prostu "gangsterska rzeź"? Jeśli chodzi o rzecz pierwszą - jest OK i negować tego nie mam zamiaru. Gra powstała na kanwie pierwszej części trylogii. Jest więc Marlon Brando w roli capo di tutti capi, nie brakuje narwańca Sonny'ego i dwóch jego braci: Freddiego oraz - o Matko Przenajświętsza, co z nim zrobili! - Mike'a. Pomijając operację plastyczną ostatniego z wielkiej trójcy, twórcom poszło nad wyraz udanie. I jest miasto tak samo brzydkie i tak samo ohydne. Ale nie jest zaś tak filmowo, mimo - nieudolnych co prawda - prób, jak w czeskiej "Mafii". Miało być, nie miało? Oto jest pytanie. Cut-scenki zostały skrócone o tyle, o ile nakazała głowa rodziny z Redmond. Ale na tyle długie, żeby poczuć "klimat" adaptacji prozy Mario Puzo. Choć nie czuje się jakby oglądano znamienite kino gatunku Sami Wiecie Jakiego, to - jak to się mówi dziś - "wkręta" jest. Nie jest to poziom rangi capo, ale też nie nieprzyzwoicie, że tak pozwolę sobie ująć, niedołężnie. Lecz to nie tylko fabuła, klimatyczna muzyka, dobre odzwierciedlenie wyglądu zewnętrznego ważnych dla przedstawionej historii - w mniejszym lub w większym stopniu - ważniaków, świadczy o wyrobie. To nie uroda, ale rozgrywka czyni z gry coś więcej niż "warta spojrzenia". Pomijam już kwestie poboczne, które zostały całkowicie "na siłę" wrzucone. Co jak co, ale wysoki rangą mafiozo po to ma podwładnych, żeby wydawać im rozkazy, a nie samemu zajmować się sprawami, których skutkiem jest zaplamiony czerwoną plamą krystaliczny o kolorze białym garnitur. Nie mam racji?

The Godfather - sprawca całego zamieszania.

Wiadomo nie od dziś, że takich tytułów, w których głównym tematem jest bezstresowa strzelanina, na rynku cała gromada. Tylko czemu "bezstresowa" przeinacza się w "stresową"? Doprowadziło mnie tylko do irytacji i sami powiedzcie - nie jest to raczej celem produktów rozrywkowych, do jakich zaliczają się gry, czyż nie? No właśnie, ale dlaczego rozgrywka - zamiast zachęcać - doprowadza do szewskiej pasji, tików nerwowych, aż w końcu do wyrywania włosów z i tak już łysawego czerepu? Niekiedy ma się chęć spalenia pudełka z grą na stosie, taka jej mać. To się nazywa frustracja? O, dobre słowo, gdyż takie uczucie mnie wypełniło.

Praktycznie każda - bez wyjątków - misja w produkcie EA Games polega na przebijaniu się przez Obronę Klonów. Niby zlecenie inne - tu przejąć wrogi hangar, tam zabić dona będącej po drugiej stronie barykady mafii. Ale wszystko wyłącznie na pozór. Nawet nazwałbym to przykrywką. Z definicji pojęcia "strzelanka" przecież wiadomo, iż gry te oferują przede wszystkim i nade wszystko strzelanie. A jak rozwiązane, to już od koncepcji autorów zależy.

Jednym z czynników, który ma wpływa na to jak zostanie gra odebrana, jest przedstawienie rozgrywki. Jej wygląd (nie grafika, rzecz jasna), jak wpleciona została fabuła, jak zostały zrównoważone elementy (czy jest więcej strzelania, biegania czy patrzenia się w lustrze, oglądając swój dopiero co zakupiony "gank"). Ostatnia misja w "Ojcu chrzestnym" - jesteś sam jak palec, ale, by wykonać swoje zadanie, musisz zmierzyć się z całą armią. Powiedzcie czy to jest normalne? Rozumiem, że to gra, ale bez przesadyzmu. Niektórzy może wymagają "bezmózgich" produkcji, które polegają li tylko na tym, ale są też tacy, którzy chcą czegoś więcej niż głupiej rozwałki na całego, w stylu "Szklanej pułapki" (byleby poszło coś z dymem). A wspomniana przed momentem misja nie tyle, co nudzi, ile FRUSTRUJE. Do czego to dochodzi, niedługo gry będą doprowadzać do ciężkich depresji, zamiast wypełnić ciekawe wolny czas, kiedy za oknem wiatr wieje jak szalony, a ulewa nie pozostawia na ubraniu przechodniów suchej nitki...

Taka zabawa

Oczywiście, przykładów podobnych do tytułu ze stajni Electronic Arts jest całe zatrzęsienie. Pierwsze z brzegu można wymienić "dzieło" - hehe, wydawanego przez tego samego wydawcę, cóż za zbieg okoliczności! - zowiące się Area 51. Recz jasna, shooter w konwencji - tym razem - FPP. Tu jest jeszcze gorzej. Grając w nań miało się ochotę ciepnąć komputer na wysypisko śmieci. Czy może Timeshift, który prezentuje ze sobą... nic, poza przyzwoitymi fajerwerkami i znośnym - acz wyświechtanym już - pomysłem "czasowstrzymywacza". Tudzież podobny, a jakżeby inaczej - produkt. Gears of War. Strzelanka, ma się rozumieć. Ale jakie wykonanie! Niektóre momenty były również męczące niczym wtłaczanie głazu przez Syzyfa, ale opłacalne było "wymęczenie" ich w przeciwieństwie do omawianego "Ojca chrzestnego", dla którego - w moim mniemaniu - ratunku nie ma. Zwyczajnie. Bo cóż to za gra, której NIE chce się ukończyć, ponieważ zwyczajnie na rzygowiny się zbiera.

Niezwykła podróż w otchłań Rapture.

Ambitny gracz oczekuje równie ambitnych gier. Może to dlatego, że już wiele widział i nie mniej przeszedł? Cóż poradzić, człowiek starzeje się z dnia na dzień, z nocy na noc, a na dodatek zjadł zęby na "giercowaniu". Ale klient nasz pan. Co by było, gdyby na globie ziemskim nie było wymagających zarówno "komputerowców" jak i "konsolowców? Dostawaliby odgrzewane i drugiej - o zgrozo - świeżości schaboszcze, które najsmakowitsze swoje dni mają dawno za sobą? Na szczęście, mimo braku wielkiego wyboru, są "nieco" bardziej wartościowe. Do takich zalicza się BioShock - prawdziwy majstersztyk, dzieło wychodzące poza kanon "głupawych strzelanek". I chwała mu za to! To świadczy o tym, że jeszcze gdzieś na tym świecie istnieją producenci, którzy wiedzą, że są gracze oczekujący od strzelanki więcej niż bezsensownej (i krwawej) rzezi (dla) niewiniątek.

Wstał. Poszedł. Do toalety - jak to mówią - wylać się. Wrócił do sypialni, rzucił się na łóżko niczym sęp na padlinę i - po wyznaniu swoich spostrzeżeń - zapadł w beztroski sen, zapominając o całym wydarzeniu, które tu zaszło.